-Zii… mno…- szczękałam zębami.
-Śpij…- wyszeptał mi do ucha- nie marudź…
-Nie, Sam. Trzeba wstawać.
-Jeszcze moment…
Wstałam i poprawiłam sobie włosy, wyciągając z nich kawałki
słomy i siana.
-Masz w plecaku jeszcze jakiś sweter?- zapytałam.
-Chyba tak…
Podeszłam do plecaka i zaczęłam szukać, znalazłam sweter i
plastikową reklamówkę. Założyłam sweter w szaro czerwone paski i postanowiłam rozejrzeć
się po szopie. Większość miejsca zajmowało siano i ziarno dla zwierząt. W rogu
zauważyłam małą białą szafkę, podeszłam i otworzyłam ją. W środku znalazłam
całą masę bandaży, leków przeciwbólowych, wody utlenionej oraz opasek
uciskowych. Czyli mniej więcej wszystko potrzebne do opatrzenia rany. Wróciłam po
reklamówkę, którą wcześniej znalazłam. Włożyłam wszystko do niej, kiedy na
ziemię wypadła malutka czarna latarka i równie mała paczka baterii. Byłam szczęśliwa.
Podeszłam do Sama i pokazałam mu to co znalazłam. Zobaczył to i natychmiast
kazał mi się zbierać.
-Zbieraj się Lyn- pospieszał mnie.
-A kto tu nie chciał wstawać?
Podszedł i pocałował mnie w czoło.
-Oczywiście że ty- odpowiedział ze śmiechem.
Odsunęłam się nieco.
-Ok., możemy już iść- odpowiedziałam z zupełną obojętnością.
Wzięłam plecak i pomogłam go założyć Samowi na plecy,
wcześniej chowając do niego reklamówkę z bandażami i słoik ze świeczka. Wyszliśmy
ze stodoły. Przywitał nas okropny mróz.
-Idziemy do następnego schronu?
-Tak, i jeśli się pójdziemy szybciej, jest możliwość, że
dotrzemy dalej niż zamierzaliśmy.
-To cudownie, wiesz może gdzie mogą być Kevin i Tina?-
zapytałam brnąc po kolana w śniegu, który musiał spaść dzisiaj w nocy.
-Pewnie idą do schronu, możemy na nich tam zaczekać…
Przez większość drogi szliśmy w głuchej ciszy. Las wydawał się
uśpiony. Nad drzewami powoli wschodziło słońce. Jednak wszystko zmącił hałas
dobiegający zza wysokich krzaków. Brzmiało to trochę jak motor, trochę jak
samochód. Momentalnie położyliśmy się na śniegu nasłuchując odgłosów. Do
warkotu dołączył teraz odgłos kroków. Ten ktoś musiał iść bardzo szybko, bo
momentalnie stanął przy nas i krzyknął:
-Wstawać!
Powoli wstaliśmy. Sam schował mnie za sobą.
-Ręce do góry! Nie ruszać się!- krzyczał i mierzył do nas z pistoletu.
-Nie odzywaj się- szepną mi Sam i podniósł ręce do góry.
W odpowiedzi lekko pokiwałam głową.
-A teraz powiedzcie mi dzieci, co wy tutaj robicie?
-Wyszliśmy na spacer, właśnie wracamy do domu- odpowiedział
powoli Sam.
-Aha, i bez kurtek? Z wielkim plecakiem na plecach? Coś mi
się wydaje że kręcicie.
-Serio, to tylko spacer- upewniał go Sam.
-Serio? A ci ludzie za wami to kto? Wasi rodzice? Też z
wielkim plecakiem?- wskazał na las.
-To kolega ze swoją dziewczyną- Sam dalej wciskał mu kit.
-Coś mi się nie wydaje- wyszeptał i strzelił na oślep w
kierunku lasu. W tym samym momencie usłyszeliśmy zduszony jęk.
-Jeśli któreś z was się poruszy- zagroził i wskazał na
odbezpieczony pistolet.
Jak można by tak okrutnym?
-Ja go zatrzymam, a ty w tym czasie biegnij jak najszybciej
w stronę lasu- wyszeptał cicho Sam.
-Ok.- odszepnęłam.
-To jak?- niecierpliwił się facet. - Powiecie mi co robicie
w lesie?
-Byliśmy na spacerze, dosyć długim, więc wzięliśmy kanapki i
picie jakbyśmy zgłodnieli.
-Teraz?
-Teraz.
Pędem ruszyłam w stronę drzew. Sam biegł osłaniając mnie
przed kulami. W oddali zauważyłam Kevina, ale nigdzie nie było Tiny. Gdzie jest
Tina? Ją postrzelił? A co z Jem? W mojej głowie kołatało się wiele różnych
myśli. W którą stronę uciekać? Popatrzyłam na Sama, który trochę zwolnił,
widocznie nas nie gonią… Kevin szedł za nami niosąc Jem, Tiny nadal nigdzie nie
było.
-Co z Tiną?
-Nie żyje. Ten strzał ją zabił- odpowiedział mi sucho Sam.
-Weź Jem od Kevina i idź przodem, muszę z nim porozmawiać.
Podeszłam do Kevina i wzięłam od niego małą, która słodko
spała nie zważając na nic. Oddaliłam się trochę od chłopaków, cichutko
pochlipując. Nawet dobrze się nie poznałyśmy, a już nie żyje. Ten świat jest niesprawiedliwy.
I co będzie z Jem. Chyba Tina nadal karmiła ja własnym mlekiem. Co teraz będzie
jadła? Sam z Kevinem podeszli do mnie.
-Musisz zastąpić Jem matkę- powiedział Kevin.
-Ale ja sobie nie poradzę…
-Musisz się nią zaopiekować, nie ma tu na razie innej
kobiety.
-Lyn, wiem że to trudne, ale musimy spróbować…- wyszeptał
Sam.
-Naprawdę? Mam się nią opiekować i jeszcze uciekać przed
tymi walniętymi ludźmi? Niestety na to się nie zgodzę. Mogę się zaopiekować
Jem, ale musicie znaleźć miejsce w którym spędzimy przynajmniej tydzień. Muszę
odpocząć.
-Zrobimy co w naszej mocy, ale teraz musimy iść do schronu,
zaraz zapadnie noc a my nie mamy gdzie spać- odpowiedział Kevin.
Po jakimś czasie Jem się obudziła i śmiała się gaworząc po
swojemu. Jak mam się zaopiekować małym dzieckiem, jeśli nigdy żadnego nie
widziałam z bliska? Mam dopiero piętnaście lat, a już wymaga się ode mnie
niemożliwego. Najchętniej poszłabym spać i zapomniała o całym świecie, ale to
niemożliwe. Oni na mnie liczą. Muszę dać sobie radę.
Po dotarciu do schronu, nakarmiłam Jem namoczonym suszonym
jabłkiem i ułożyłam ją pomiędzy mną a Samem na materacu. Po jakimś czasie zasnęła,
wtulając się we mnie. W ogóle nie odczuwała braku matki.
-Myślisz że dam sobie radę?- zapytałam szeptem Sama.
-Na pewno, jesteś cudowna, wiem że dasz sobie radę…
Po tych cudownych słowach wsparcia, uśmiechnęłam się i zasnęłam
śniąc o krainie, w której wszyscy się kochają, nikt ze sobą nie walczy,
wszystko jest cudowne... ...jak marzenia małych dzieci…