wtorek, 13 sierpnia 2013

Rozdział dwudziesty pierwszy


Znalazłam się w długim, białym korytarzu. Na ścianach wisiało mnóstwo różnych obrazów. Jedne przedstawiały zwierzęta, inne rośliny, jeszcze inne krajobrazy. Weszłam do pierwszego pokoju i przeżyłam szok. Ściana naprzeciw mnie była cała oszklona. Pośrodku znajdowały się również oszklone drzwi. Otworzyłam  je i znalazłam się naprzeciw wielkiego basenu. Wyglądał cudownie. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Wróciłam do pokoju i rozejrzałam się po nim. Po prawej stronie stało wielkie, białe łóżko z baldachimem. Po obydwu jego stronach stały metalowe stoliki nocne, pomalowane na biało. Fajnie tu wyglądało. Poza tym pokój był psuty. Wróciłam się po swoją torbę i położyłam ją na podłodze przed łóżkiem. Zdjęłam szarą bluzę którą miałam na sobie i położyłam się na miękkiej pościeli. Zawsze tak jest, że jak znajdę fajne miejsce do spania, to ktoś musi mi przeszkodzić. W tym wypadku była to Jem. Cichutko weszła do mojego pokoju i wdrapała się na łóżko. Leciutko pociągnęła mnie za łańcuszek który miałam na szyi i wyszeptała:
-Lyn… Lyn obudź się…
Byłam tak zmęczona że tylko wymruczałam:
-Po coo?
-Dzidzia płacze!
Kiedy to usłyszałam, od razu poderwałam się na nogi i pobiegłam do pokoju na górze. Drzwi były już otwarte i kiedy dopadałam łóżeczka w którym spał Julian, zauważyłam dziwny fakt, że chłopca w nim nie ma. Rozejrzałam się po całym pokoju i nie zauważyłam ani śladu. Pobiegłam do pokoju w którym spał Sam. Gwałtownie otworzyłam drzwi i zobaczyłam Sama siedzącego na łóżku, tyłem do mnie. Podeszłam do niego.
-Tylko cicho bądź bo właśnie go uśpiłem- wyszeptał po czym wstał i położył Juliana na poduszce.
-Ach.
-Widzisz. Ja też umiem zajmować się dziećmi.
-Widzisz, że poradziłbyś sobie beze mnie.
-Bez ciebie nigdy.
Wyszłam z pokoju. Tak jak myślałam, Sam podążył za mną i przytulił mnie od tyłu.
-Nie możesz mnie zostawić….
-A jednak.- powiedziałam i zeszłam schodami na dół. W pewnym momencie straciłam grunt pod nogami i wylądowałam na podłodze obok Jem.

Dziewczynka zaczęła się śmiać i od razu poprawił mi się humor. Mimo lekkiego bólu głowy, wzięłam ją na ręce i wróciłam na górę do Sama. Położyłam się obok niego i Juliana i zasnęliśmy. 

Rozdział dwudziesty

Dwa dni później byliśmy już przygotowani do drogi. Tym razem dostaliśmy terenowy samochód, wiec nie musieliśmy nosić ciężkich plecaków. Sam usiadł za kierownicą, a ja z tyłu z Jem i Julianem. Wczoraj był u mnie Aleks. Myślałam, że też z nami pojedzie, ale musiał zostać ze swoimi rodzicami. Trochę szkoda. Fajny był. Jechaliśmy wąską, leśną drogą. Śnieg prawie stopniał i nie było takich wielkich zasp. Szybko minęła mi ta zima. Ciekawa jestem gdzie teraz pojedziemy. Pewnie do jakiegoś następnego schronu. Dość mam już tego ciągłego ukrywania się.
-Sam?
-Tak?
-Dokąd jedziemy?
-Jedziemy do domu.
-Domu?
-Tak, dostałem klucze do domu w Londynie.
-Uaa…
Pozostały czas spędziliśmy w ciszy. Jem i Julian spali, więc ja też mogłam się zdrzemnąć.
5 godzin później…
-Lyn, wstawaj!
Tak wygodnie mi się śpi a ktoś mnie budzi.
-Lyn, wstawaj, dojechaliśmy!
Otworzyłam zaspane oczy i popatrzyłam na Sama.
-Że co?
-Jesteśmy w Londynie.
-Ahh a myślałam, że coś się stało…- i ponownie zamknęłam oczy.
-Lyn nie żartuj sobie, trzeba przenieść Jem i Juliana do domu.
Wciąż zaspana wyszłam z samochodu i wzięłam śpiącą Jem na ręce. Odwróciłam się plecami do samochodu i aż zaparło mi dech w piersi. Stałam przed białą willą. Chciałabym opisać słowami ten dom, ale do tego nie ma słów. Zabrakło by ich. Szok i ja w tym mam mieszkać.
-Skąd masz taki dom? –zapytałam Sama wchodząc po wysokich schodach.
-Mieliśmy tu zamieszkać z Mad. Ale jej już nie ma. Więc będę tu mieszkać z tobą.
Weszliśmy do jasnego, białego przedpokoju. Wszystko wyglądało jak w jakimś pałacu.
-I będziesz tu mieszkał ze mną dlatego, że Mad nie żyje? Czy masz jeszcze inny powód?
-Mam inny. Ktoś musi się zaopiekować Julianem. –zaśmiał się pod nosem.
-Ranisz.
-Wiem.
Weszliśmy po schodach wyłożonymi białymi płytkami
-Tylko nie wiem jak się podzielimy, bo tutaj są tylko dwa pokoje z łóżkami.
-Ty będziesz spał z Julianem, ja z Jem.
Uśmiechnął się kpiąco.
-Wolałbym mieć pokój z jakąś dziewczyną…
-No to weź sobie Jem.
Weszliśmy do pokoju w którym stały dwa małe łóżeczka. Położyliśmy dzieci do nich i wyszliśmy na korytarz.
-Nie chcę Jem…
-Ok. to ja śpię w salonie! -Popatrzyłam na niego i zaśmiałam się pokazując zęby.
On zamiast zaprotestować przyciągnął mnie do siebie i delikatnie pocałował.
-Śpisz ze mną…
-Eee? A to niby dlaczego?
-Bo mi się tak podoba! –pocałował mnie jeszcze raz, tym razem pewniej.
-Nie przekonałeś mnie! –wystawiłam mu język i zaśmiałam się.

-Dobra, sama przyjdziesz. –wypuścił mnie i zamknął się w pokoju z niebieską zawieszką na klamce. Pomyślałam, że przynajmniej wiem gdzie jest ten pokój. Postanowiłam zobaczyć resztę pomieszczeń. Więc w tym celu zeszłam na dół i rozpoczęłam zwiedzanie. 
--------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam. Jak zwykle opuściłam się w pisaniu :( główne powody to : wakacje, obóz sportowy, problemy z chłopakami i brak weny. Przepraszam za to ;* 

sobota, 11 maja 2013

Rozdział dziewiętnasty


 Następnego dnia obudził mnie czyjś głos, nie był głośny, ale jakoś nie mogłam poznać kto do mnie mówi. Otworzyłam oczy. Nadal siedziałam pod ścianą, czyli tam gdzie wczoraj zasnęłam. Przede mną stała Jem. Dziwne co? Taka malutka. Ubrana była w różową sukieneczkę do kolanek i różowe balerinki. Ślicznie wyglądała. Nie mogłam oderwać od niej oczu.
-Lyyn?
-Tak, to ja…- przytuliłam ją i pocałowałam w główkę.- Gdzie byłaś?
-Maad…
-Byłaś z Mad?
W odpowiedzi pokiwała główką i mocniej się do mnie przytuliła. Wtedy poczułam jak bardzo za nią tęskniłam. W ostatnim czasie to ona dawała mi siłę i nadzieję. Ma w sumie tylko mnie. Nie wiem czy Kevin się liczy. Chyba jakoś się liczy, w końcu jest jej ojcem… Eee tam, taki ojciec. Nawet nie dopilnował jej żeby nie uciekła z tamtej oszklonej sali. Są jednak plusy, że Sam mnie znalazł. Wstałam i usiadłam z Jem na łóżku.
-Idziemy do Mad?
-Nie!
-Czemu?
-Nie…
-Ok., idziemy- uśmiechnęłam się chytrze do małej.
-Nieee…
-Tak, tak, ciekawa jestem jak tu przyszłaś.
Wyszłam z pokoju niosąc Jem na rękach. Szłam tym samym korytarzem co trzy dni wcześniej. W połowie drogi do oszklonej sali usłyszałam płacz małego dziecka. Doszłam do sali i uchyliłam drzwi. To stamtąd dobiegał ten płacz. Postawiłam Jem na podłodze i podeszłam do łóżeczka z którego dobiegał płacz. To był mały chłopczyk ubrany w białe body i białą czapeczkę. Wyciągnęłam w jego stronę ręce. Od razu się uśmiechnął i przestał płakać. Spróbowałam go wziąć na ręce. Był taki malutki i słodki. Cały czas się do mnie uśmiechał a Jem stała przy moich nogach i patrzyła obrażona na mnie.
-Zobacz jaki dzidziuś- powiedziałam do niej i kucnęłam, żeby mogła zobaczyć chłopca.
-Dzidzia!
-Tak, dzidzia- uśmiechnęłam się do niej i usiadłam na krześle obok łóżeczka.
Chłopiec robił się coraz bardziej senny, tak samo jak Jem stojąca przy krześle. Po chwili Jem usiadła przy krześle i zasnęła. Odłożyłam chłopca do łóżeczka i podniosłam dziewczynkę z podłogi. Przytuliła się do mnie. To przypomniało mi o Aleksie. Miał dzisiaj przyjść. Położyłam Jem do pierwszego stojącego przy mnie łóżeczka i wybiegłam z sali. Tak się rozpędziłam, że znowu na kogoś wpadłam. To oczywiście był Aleks, bo któż by inny.
-Przepraszam, zagapiłam się- wyszeptałam patrząc w jego szare oczy.
-To ja znowu nie uważałem, przepraszam- uśmiechnął się. – Wiesz, że właśnie do ciebie szedłem?
-Serio? Ja o tym zapomniałam… o tym że miałeś przyjść, znaczy się… i dlatego tak pędziłam. –zaśmiałam się.
-Zjesz coś może?
-Emm, w sumie to śniadania nie jadłam…
-To co? Zjemy razem śniadanie?
-Możemy…
Ruszyliśmy korytarzem, po chwili znaleźliśmy się w pomieszczeniu którego jeszcze nie znałam. To chyba musiała być ta ich stołówka. Wzdłuż ścian stały długie prostokątne stoły i przy nich krzesełka. Ciekawe co oni tu podają.
Aleks podszedł do okienka przy drzwiach i wziął dwie tacki z czymś owiniętym w folię aluminiową. Kiedy usiedliśmy przy stole zajrzałam pod osłonkę. Był to naleśnik z czymś zielonym w środku. Pewnie jakaś sałata. Zaśmiałam się pod nosem. Dawno nie jadłam sałaty, zwłaszcza w naleśniku. Wydobyłam posiłek spod folii i ugryzłam kawałek. Okazało się nawet smaczne. Aleks też już zabrał się za swoje śniadanie więc nie wiedziałam czy wypada teraz coś mówić. Siedziałam w ciszy i co raz zagryzałam naleśnika czekając na rozwój sytuacji. Aleks po chili się odezwał
-Chcesz coś do picia? Kawa? Herbata?
-Herbata jest Ok… tak poproszę herbatę. –uśmiechnęłam się.
Aleks wstał i ponownie podszedł do okienka. Po chwili wrócił z tacą z dwoma kubkami. Jeden podał mi a drugi postawił przed sobą. Kiedy zjedliśmy zapytałam
-Wiesz co z Mad?
-Wiesz, raczej nie za dobrze…
-Czyli?
-Urodziła chłopca…
-A ona?
-Ona… ona nie żyje… trochę trudno o tym mówić, opiekowała się mną kiedy moi rodzice byli w pracy…
Nie odzywałam się. Jednak coś poszło nie tak i Mad nie żyje. Nie mogłam uwierzyć. Pozbawiłam drugie dziecko matkę. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
-A co z jej dzieckiem?
-Leży w sali dziecięcej…
-Mogę je zobaczyć?
-Jeśli chcesz…
Wstaliśmy od stołu i odnieśliśmy tace do okienka. Wróciliśmy się tą samą droga którą wcześniej szliśmy. Kilka minut później byliśmy już w sali dziecięcej. Wolałam to miejsce nazywać oszkloną salą. Ładniej to brzmiało. Aleks podszedł do łóżeczka w którym leżał chłopiec, którego wcześniej uśpiłam. Nadal spał.
-To on.
Zaparło mi dech w piersi. Trzymałam dziecko nie żyjącej już dziewczyny. Nie wiedząc o tym.
-Chodźmy stąd, nie dobrze mi…
Wyszłam z sali nie patrząc czy Aleks za mną idzie. Nie szedł. Został tam. Wpadłam do pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi. W pokoju ponownie zastałam Sama siedzącego na moim łóżku. Nic nie mówił. Patrzył w drzwi jakby ktoś miał zaraz wejść. Niestety nikt nie wszedł a ja zostałam z nim sama.
-Nie chciałam, Sam…
-Trochę za późno! –wstał z łóżka i zaczął chodzić po pokoju.
-Krzyk nic już nie da… masz syna… -wyszeptałam.
-I co z tego? Mad nie żyje! Rozumiesz to? –zbliżył się do mnie.
-Rozumiem, ale ciesz się tym co masz…
-A powiedz mi co mam…
-Syna… mnie… Jem… nie jesteś sam…
-Tak, ale nie dasz mi tego co Mad…
-I nie chcę. Kto w ogóle powiedział, że ja będę chciała ją zastąpić?
-Ja.
-To się sorry, ale myliłeś!
-Niedługo musimy znowu stąd wyruszyć, ktoś będzie musiał się zająć moim synem. Nie zostawię go tutaj! –prawie płakał, nigdy nie widziałam go w takim stanie.
-Spokojnie… -wyszeptałam i przytuliłam go. Myślałam że mnie odrzuci, ale tak nie było. Odwzajemnił mój uścisk. –kiedy to coś opuścimy?
-Za dwa lub trzy dni…
-A powiesz mi jeszcze kto z nami idzie?
-Jem… no i Julian…
-A Julian to kto?
Odsunął się ode mnie.
-Julian to mój syn…
-Doobraa… a co w takim razie z Kevinem?
-Kevin już sobie znalazł sobie dziewczynę, i dlatego tutaj zostaje.
-Szok, już o niej zapomniał…
-O kim?
-O Tinie…
-Nom, na to wygląda.
-Pójdziesz już? Chciałabym się trochę przespać…
-Oczywiście, już idę…
Wyszedł i cicho zamknął za sobą drzwi. 
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hey :) Przepraszam, że tak długo nic nie pisałam, ale w zamian za to dodałam trochę dłuższy rozdział. Mam nadzieję, że Wam się podobał i będziecie chceli dalej to czytać, mimo tego, że rzadko coś dodaję. 
Dzięki za to, że jesteście <3 

niedziela, 7 kwietnia 2013

INFORMACJA

Kiedyś ktoś napisał w komentarzu, że chciałby być informowany kiedy zostaje dodany nowy rodział. Jeśli ktoś chciałby być o tym informowany. Napiszcie do mnie: (gg) 45701719

Rozdział Osiemnasty


Złapałam trochę weny i dodaję jeszcze jeden rozdział :3 Nie wiem czy Wam się spodoba, ale według mnie jest śliczny :D
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Obudziłam się na krześle. Jem jeszcze spała, więc postanowiłam pójść na chwilę do swojego pokoju. Cicho otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz. Szłam wolno patrząc w podłogę. Myślałam co teraz będzie ze mną i z Jem. Nie wiedziałam ile możemy tu zostać, bo chyba nie na zawsze. Szczerze to wolałabym być w którymś z mniejszych schronów. Byle tylko nie było tam Mad. Wkurzała mnie ta dziewczyna. Chociaż w sumie jej nie znałam. Coś w jej wyglądzie mówiło mi, że jest wredna. Zagapiłam się i zaszłam za daleko. Doszłam do końca korytarza, gdzie znajdowały się schody biegnące w dół. Pomyślałam, że w sumie mam czas i mogę trochę tu pozwiedzać. Zeszłam w dół i doszłam do następnego korytarza. Chodziło tam wiele osób. Ubrani byli w białe szpitalne fartuchy. Nie zauważyli mnie, mimo iż byłam inaczej ubrana. Przeszłam tym korytarzem kilka metrów, kiedy ktoś na mnie wpadł i mnie przewrócił. Uderzyłabym głową w podłogę, gdyby mnie nie złapał.
-Przepraszam! Nic ci nie jest?- usłyszałam czyiś głos.
-Nie, nic się nie stało. –Otworzyłam oczy i moim oczom ukazał się chłopak moich marzeń. Niczego więcej nie pragnęłam, tylko zostać tu z nim.- Jest okay…
-To dobrze, już myślałem, że coś ci zrobiłem. A w ogóle to jestem Aleks- uśmiechnął się. Postawił mnie na nogi i poprowadził do ławki stojącej pod ścianą. Usiedliśmy.
-Ja jestem Aprilynn, ale mówią na mnie Lyn…
-Ładnie.
Zarumieniłam się.
-Dziękuję.
Popatrzył na mnie.
-Nie widziałem cię tu wcześniej.
-Ymm… Bo jestem tu od niedawna, mam pokój na górze… A ty jesteś tu…?
-Ja tu jestem, można powiedzieć od urodzenia.- zaśmiałam się.
-A czemu tu jesteś?
-Moi rodzice są tu lekarzami, a ja im pomagam.
-Ahh… Ja jestem tu dlatego… chyba w sumie nawet nie wiem dlaczego tu jestem.- właśnie, dlaczego ja tu jestem w ogóle?
-Heh, spoko . Zaprowadzić cię na górę?
-Jeśli masz czas.
-Mam właśnie przerwę.
Weszliśmy po schodach. Naszła mnie myśl, żeby zapytać Aleksa o Mad i Sama.
-Słyszałeś coś o Mad?
-Taa… Moja mama odbiera jej poród…  Podobno jest z Samem czy jak mu tam… Ogólnie jest fajna, ale potrafi być wredna.
-Wydawała mi się wredna- powiedziałam bardziej do siebie niż do niego.
-Znasz ją?
-Tak, była dzisiaj u mnie…
Doszliśmy do korytarza na którym znajdował się mój pokój. W ciszy doszliśmy do moich drzwi. Już miałam się pożegnać, gdy Aleks zapytał:
-Mogę cię jutro odwiedzić?
-Tak, oczywiście. O tej samej porze?
-Jeśli mi nic nie wypadnie, to tak.- uśmiechnął się.
-Spoko, to pa…
-Do jutra.- Odwrócił się i poszedł korytarzem.
Otworzyłam drzwi. Przestraszyłam się trochę, bo na moim łóżku siedział Sam. Widać było, że jest zdenerwowany. Kiedy mnie zobaczył wstał.
-Co się stało Mad?
-Rozmawiałyśmy i nagle się gorzej poczuła.- usiadłam na krześle przy stoliku. Taca po obiedzie nadal na nim stała.
-Termin porodu miała za dwa miesiące, moje dziecko może umrzeć! Rozumiesz to?
-Nie wiedziałam, nic jej nie zrobiłam…
-Jeśli coś im się stanie, pożałujesz!- krzyknął i wyszedł trzaskając drzwiami.
Wybiegłam za nim.
-Nic jej nie zrobiłam, jak nie wierzysz to trudno!
Przystanął i odwrócił się do mnie.
-Nie wiem komu mam wierzyć.
-W ogóle nie powinnam ciebie spotkać! Nie powinieneś mnie wtedy zabierać ze sobą! To ty popełniłeś błąd! Nie ja!- zalałam się łzami i uciekłam do pokoju. Wiem, że to nie rozwiązało problemu, ale co miałam zrobić. To chyba jednak przeze mnie Mad rodzi wcześniej. Co jeśli to moja wina? Co jeśli jej dziecko nie przeżyje?



Rozdział siedemnasty

Witajcie! ;)
Na razie postanowiłam nie zawieszać bloga i pisać dalej. Ale jest niestety jeden warunek, musicie komentować, żeby nie zabrakło mi weny :) Mam nadzieję, ze ten rozdział Wam się spodoba i dalej zechcecie to czytać :)
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Obudziło mnie pukanie do drzwi.
-Proszę- powiedziałam zaspana.
Do pokoju weszła wysoka dziewczyna. Widać było po niej, że jest w ciąży. W dłoniach trzymała białą tacę. To chyba mój obiad.
-To tylko ja.- uśmiechnęła się i usiadła na krześle przy moim łóżku.- Przyniosłam ci obiad. –Postawiła tacę na stoliku i wróciła na krzesło.
Zamyśliłam się, po czym spytałam:
-To ty jesteś Mad, tak?
-Tak, a ty jesteś Aprilynn?
-Zazwyczaj mówią do mnie Lyn, ale tak, jestem Aprilynn.
Usiadłam przy stoliku cały czas na nią patrząc. Wydawała mi się jakaś dziwna. Wzięłam przezroczysty, plastikowy widelec do ręki. Zajrzałam do pierwszej miski. Makaron z jakimś dziwnym sosem, natomiast w drugiej była różowa papka. Powoli nabrałam makaron na widelec i podniosłam go do ust. Było nawet smaczne.
-Mam zaczekać aż zjesz, czy mogę iść?-zapytała.
-Możesz zostać. Mam do ciebie kilka pytań.
Popatrzyłam na nią. Była zdziwiona. Rozśmieszyło mnie to trochę.
-No więc, w czym mogę pomóc?
-Pytanie pierwsze: Co to za miejsce?
-Coś jak wielki schron lub szpital. Mieszkają tu chorzy ludzie, którym odmówiono pomocy. Matki z dziećmi, kobiety w ciąży, jak ja na przykład.
-Czyli jesteś tu, bo?
 -Jestem tu dlatego, że Sam musiał przewieźć zapasy do schronu z którego idziecie, a nie miał mnie z kim zostawić.
-Czyli wiesz skąd idziemy?
-Sam mi wszystko opowiedział.
Zszokowało mnie to. Sam jej wszystko powiedział. Ciekawa jestem czy powiedział jej o tym, że ją zdradził.
-Wszystko ci powiedział?
-Wszystko.
-Nawet to, że cię zdradził?
Poruszyła się. Widać było, że to ją zdenerwowało. Może lepiej było tego nie mówić. Jeszcze coś jej się stanie z tych nerwów. Ale już za późno. Jak zwykle. Robię coś i nie myślę o konsekwencjach.
-O tym nic nie słyszałam.
-No to teraz słyszysz. Zdradził cię. Ze mną.-Pomyślałam, że to znowu za ostro, więc dodałam- Do niczego wielkiego nie doszło. Kilka razy się całowaliśmy, ale nic więcej.
Strasznie ją to zdenerwowało. Nagle złapała się za brzuch i zaczęła jęczeć.
-Co się dzieje?
-Nic. Nic wielkiego. To tylko skurcz.
Wpadłam w panikę. Jeśli ona teraz zacznie rodzić, co ja zrobię?
-Mam po kogoś pójść? Nie wiem, po Sama? Kevina? Tą druga dziewczynę?
-Tak. Zawołaj Cher. Powinna być z Jem.
Nie czekając na więcej wiadomości, krzycząc wybiegłam z pokoju. Biegłam korytarzem, aż dopadłam przeszklonych drzwi. Szybko je otworzyłam. Zobaczyłam Cher trzymającą Jem na rękach.
-Mad… Mad rodzi… Jest…w moim pokoju…-Wydyszałam.
-Trzymaj ją.- Oddała mi dziewczynkę i wybiegła z pomieszczenia.
Nie wiedziałam co mam robić. Mad rodziła. Cher poszła do niej. Nie miałam z kim zostawić Jem. Usiadłam na białym krześle i posadziłam sobie Jem na kolanach. Od razu się do mnie przytuliła i zasnęła. Może Cher ją właśnie usypiała. Pewnie tak. Odłożyłam dziewczynkę i wróciłam na krzesło. Nie wiem czemu, ale bolała mnie głowa. Niedługo potem dostałam gorączki i zasnęłam. 

sobota, 30 marca 2013

Rozdział szesnasty


Witajcie! :D Przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam. Miałam mnóstwo pracy domowej i zajęć dodatkowych przed testem szóstklasisty, który piszę 4 kwietnia. W całym tym zamieszaniu brakowało mi weny :(. Ten rodział nie jest idealny i nie wiem czy ktoś to w ogóle czyta. Proszę Was, komentujcie, żebym wiedziała, że ktoś to czyta! W innym przypadku nie wiem czy jest sens żebym dalej pisała i prowadziła tego bloga. A teraz możecie spokojnie przeczytać ten rodział :) 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przepaść. To czułam. Nic więcej. Potem dołączył do tego jeszcze ból. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Byłam pewna, że jest już jasno. Spróbowałam poruszyć ręką. Niestety bez skutku. Czułam że jestem w moim ciele, lecz nie mogłam się ruszyć. Szok. Z wielkim trudem uniosłam powieki i zobaczyłam biały sufit. Zupełnie inny niż w domu na drzewie. Patrzyłam tak przez jakiś czas, potem zmorzył mnie sen i bez żadnych oporów poddałam się.
Obudziłam się po kilku godzinach. Nade mną stało kilka osób, ale ich nie widziałam. Szeptali coś. Też dokładnie nie słyszałam co mówią. Dalej nie mogłam się ruszyć. Słuchałam co mówią jeszcze przez chwilę, potem zamilkli. Przestraszyłam się trochę. Coś się stało? Po chwili poczułam ciepły dotyk na lewej dłoni. Ktoś musiał mnie dotykać. Dalej nie wiedziałam co to za ludzie. W tej chwili osoba która mnie dotknęła powiedziała:
-Ona nie śpi…
Od razu nastało poruszenie. Wszyscy otoczyli moje, że tak powiem ‘’łóżko’’. Czułam ich oddechy nad sobą. Bałam się otworzyć oczy. Zaczęli coś znowu szeptać. W końcu ta sama osoba która mnie dotknęła powiedziała:
-Nie bój się, otwórz oczy i oddychaj…
Nie posłuchałam się go i dalej udawałam, że śpię. Musieli wiedzieć, że udaję bo usłyszałam jeszcze inny głos.
-Nie musisz udawać, że śpisz… Nic ci nie zrobimy.
Tym razem zrobiłam to co kazali. Otworzyłam oczy. Nade mną stało pięć osób. Były to dwie kobiety i trójka mężczyzn. Rozpoznałam Sama i Kevina. Reszty nie znałam.  Patrzyłam na nich zszokowana. Wszyscy byli ubrani w lekarskie fartuchy. Strasznie raziło mnie światło i nie mogłam przyjrzeć się dokładnie ich twarzom. Kobiety i Kevin odeszli od łóżka i zaczęli szeptać. Sam i ten którego nie znam zostali i patrzyli się na mnie. W końcu do Sama podeszła jedna z kobiet i powiedziała mu coś na ucho. Szkoda że nie usłyszałam co mówiła bo chwilę potem siedziałam na łóżku i rozmawiałam z Samem. Reszta wyszła.
-Co? Co się stało?- zapytałam jąkając się.
Chwilę myślał i odpowiedział:
-Uderzyłaś się w głowę i straciłaś przytomność.
Popatrzyłam na niego nieufnie. Przecież czułam że ktoś uderzył mnie w tył głowy. Wiedziałam to na sto procent a on próbował mi wmówić co innego. Nie rozumiem.
-Nie uderzyłam się w głowę.
-Uderzyłaś się.
-Nie uderzyłam się sama. Ktoś był w moim pokoju.
-No wiesz- odpowiedział ze śmiechem- w pokoju była jeszcze Jem.
Zupełnie o niej zapomniałam. Gdzie ona jest? Co się z nią działo jak byłam nieprzytomna? Poderwałam się z łóżka i krzyknęłam:
-Gdzie ona jest?!
Sam posadził mnie z powrotem na łóżku i powiedział:
-Spokojnie. Mad się nią zajęła.
Jeszcze większy szok. Mad. To chyba ta jego dziewczyna.
-Mad? Twoja dziewczyna?
-No… tak wyszło jakoś, że ona się nią zajęła…- jąkał się.
-Dobra. A gdzie ona teraz jest? Mogę ją zobaczyć?
Zamyślił się przez chwilę i zapytał:
-Teraz, czy to może poczekać?
-Teraz.- odparłam bez zastanowienia.
Wstał i ruszył w stronę białych drzwi, skinął na mnie żebym poszła za nim. Wyszliśmy na taki sam biały, długi korytarz. Szliśmy nim przez chwilę, po czym weszliśmy do oszklonego pomieszczenia. Stało tam kilka dziecięcych łóżeczek. Podeszliśmy do jednego z nich. Spała w nim Jem. Od razu poczułam się lepiej. Cieszyłam się, że nic jej nie jest. Staliśmy tak nic nie mówiąc. Po kilku minutach dziewczynka zaczęła się kręcić aż w końcu się obudziła. Popatrzyła na nas i zaczęła się słodko śmiać. Wyciągnęła do mnie rączki, żebym wzięła ją na ręce. Popatrzyłam pytająco na Sama, a ten skinął głową na znak że mogę ją podnieść. Pochyliłam się, a mała mocno mnie przytuliła. Ucieszyłam się, że tak mnie lubi.
-Wracamy już?- zapytał Sam.
-A mogę ją zabrać ze sobą?
-Niestety nie, zaraz przyjdą tu Mad i Cher. Zajmą się nią.
Wkurzyłam się trochę. W końcu to ja miałam się nią opiekować po śmierci Tiny, a nie jakieś obce baby.
-Dlaczego nie mogę jej ze sobą zabrać?
-Jesteś osłabiona- zabrał mi dziewczynkę i odłożył ją do łóżeczka.- Musisz odpocząć, chodź, wrócimy tu jeszcze.
Pociągnął mnie w stronę drzwi i zamknął je kiedy już wyszliśmy.
-Proszę cię nie rób problemów.- powiedział kiedy dochodziliśmy do mojego pokoju.
-Ja? Ja niby robię problemy?
-Dobra, nie było tematu. To twój tymczasowy pokój.- popatrzył na zegarek- O dziesiątej będzie śniadanie, Mad lub Cher ci je przyniosą. Pasuje?
-Tak. Pasuje.- odpowiedziałam z niechęcią.
Wprowadził mnie do pokoju i po upewnieniu się że wszystko jest w porządku, wyszedł. Zostawił mnie zupełnie samą.
Postanowiłam rozejrzeć się po pokoju. Co prawda nie był duży. Stało tu łóżko, stolik nocny, dwa krzesła i mały regał z kilkoma książkami. Wybrałam jedną z nich, ale nie była ciekawa. Znudziła mnie jeszcze bardziej. Tak bardzo mnie znudziła, że zasnęłam z książką w rękach.

sobota, 2 marca 2013

Rozdział piętnasty


Następny króciutki, ale wiele wnosi do następnych :) Dziękuję za komentarze i proszę komentujcie! To bardzo pomaga i motywuje do pisania :)
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Otworzyłam oczy i ujrzałam ciemność. Logiczne. Była noc. Usiadłam na łóżku. Przez szparę w drzwiach dostawało się do środka trochę światła z korytarza. Wstałam na nogi i wyszłam z pokoju. Światło z lampy zawieszonej pod sufitem rozlewało się po ciemnych ścianach. Poczułam burczenie w brzuchu i skierowałam się do kuchni. Zeszłam po schodach i usiadłam na jednym z krzeseł przy stole. W końcu przypomniałam sobie po co tutaj przyszłam i zaczęłam przeszukiwać szafki w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Znalazłam suszone owoce i butelkę wody niegazowanej. Wróciłam do stolika i otworzyłam paczkę owoców. Zjadłam kilka garstek i popiłam je wodą. Postanowiłam wrócić do pokoju i położyć się spać. Wchodząc po schodach usłyszałam ciche gaworzenie. Kiedy weszłam do pokoju zobaczyłam Jem siedzącą w łóżeczku i śmiejącą się z czegoś. Nie wiedziałam z czego. Podeszłam do jej łóżeczka. Poczułam straszliwy ból z tyłu głowy i upadłam na ziemię. Potem słyszałam tylko płacz dziewczynki i szuranie butów po podłodze.Nie czułam nic. Zemdlałam.

piątek, 1 marca 2013

Rozdział czternasty


Przepraszam, że musieliście czekać tyle na kolejny rozdział. Dodaję to co udało mi się napisać ale od razu mówię, że rozdział jest krótki i nie jest napisany tak jak chciałam. Obiecuję że następny rozdział będzie dłuższy :* 
---------------------------------------------------------------------------------------------------

Obudziłam się ale nie byłam na tyle wyspana, żeby od razu wstać, więc postanowiłam jeszcze poleżeć. Kiedy tak leżałam, przyszła mi do głowy myśl, że może faktycznie lepiej nie iść dalej. Zostać w jakiejś wiosce i próbować normalnie żyć. Zapomnieć o Samie i zająć się dzieckiem Tiny. Jednak nadal nie rozumiem czemu w dwudziestym pierwszym wieku, ktoś ściga niewinnych ludzi. Chyba że coś naprawdę mają na sumieniu. Po dłuższym zastanowieniu się nad tą sprawą, zdecydowałam tak zrobić. Zostać w jakiejś wiosce. Wstałam z łóżka i wolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi. Musiałam znaleźć Kevina. Pewnie jest gdzieś na dole. Zeszłam na dół i tak jak myślałam zastałam go czytającego jakąś książkę. Nie wiem dokładnie jaki tytuł, ale chyba coś niezbyt ciekawego bo od razu zwrócił na mnie uwagę i zapytał.
-Wyspałaś się?
-Tak, ale niewiele spałam…
-A to czemu?- odłożył książkę i spojrzał na mnie.
-Myślałam trochę o tym, czy faktycznie nie lepiej by było, gdybym ja z Jem została w jakieś wiosce. A ty byś dołączył do Sama.
Widać było że go to zastanowiło. Myślał przez chwilę i powiedział:
-Jesteś pewna?
-Raczej  tak by było najlepiej…- wymruczałam bez przekonania.
-Skoro tak uważasz, to kiedy chciałabyś się wybrać do tej wsi?
-Chyba jak najszybciej, żebyś mógł jeszcze dogonić Sama.
-Dzisiaj się spakujesz i jutro wyruszymy?- zapytał smutno.
-Mi pasuje.- odpowiedziałam i wspięłam się po schodach na górę.
Jem jeszcze spała więc pozbierałam trochę naszych rzeczy żeby potem mieć mniej. Znalazłam  jakąś starą torbę podróżną. Była niewielka, ale zmieściło się tam sporo ubranek małej i trzy duże swetry. Resztę postanowiłam spakować do plastikowych toreb. Ustawiłam wszystko pod ścianą i podeszłam do łóżeczka dziewczynki. Nadal słodko spała. Według mnie jest ostatnio jakaś dziwna. Nie znam się za bardzo na małych dzieciach, ale chyba one nie powinny być takie ciche, ale w sumie to dobrze, mogę się przynajmniej wyspać. Po jakimś czasie usłyszałam że Jem się budzi. Wzięłam ją na ręce i nakarmiłam rozgniecionym ryżem. Mała była dalej senna więc ułożyłam ją w łóżeczku i sama też się położyłam.


wtorek, 12 lutego 2013

Rozdział trzynasty


Szłam wąską dróżką. Śnieg zaczynał już topnieć i gdzieniegdzie można było zauważyć rośliny wybijające się spod niego. Niebo miało jasnoniebieski odcień. Widać że idzie wiosna. Pośród świergotu wiosennych ptaków dotarłam nad jezioro. Po jego tafli pływało jeszcze kilka pojedynczych płatów lodu. Wokół niego stały trzy kamienne ławki, w większości pokryte topniejącym śniegiem. Podeszłam do jednej z nich i zsunęłam z niej śnieg. Wzory które ujrzałam wprawiły mnie w osłupienie. Sylwetki zwierząt wyryte w skalnej ławce to niecodzienny widok. Przesunęłam palcami po jednej z nich. Wilk. następna przedstawiała orła a jeszcze następna węża. Sprawdziłam dwie pozostałe ławki. Nie wyczułam żadnej różnicy. Postanowiłam wrócić do domku. Dotarłam tam w bardzo szybkim tempie. Wspięłam się po gałęziach i po chwili znajdowałam się na drewnianej platformie. Weszłam do domu i ogłuszył mnie płacz. Zrzuciłam z siebie sweter i wbiegłam po schodach na górę. Zastałam Kevina trzymającego Jem na rękach. Spojrzał na mnie smutno. Wzięłam dziewczynkę od Kevina i usiadłam na łóżku. Byłam zmęczona spacerem, lecz ku mojemu zdziwieniu, Jem zasnęła od razu po wtuleniu się w moją bluzkę. Kevin nadał stał przy łóżku.
-Dziękuję za uratowanie życia- powiedział Kevin uśmiechając się.
-Nie ma za co.
Położyłam malutką na łóżku i tak jak poprzednio, otoczyłam ją murkiem z poduszek. Odwróciłam się i krzyknęłam z zaskoczenia. Kiedy kładłam Jem, Kevin staną za mną.
-Kurde, ale mnie przestraszyłeś…
Kevin złapał mnie za rękę i pociągną w stronę drzwi.
-Nie będziesz musiała już dzielić z nią łóżka.
-Czemu?
Szliśmy schodami w dół. Kevin przystaną i spojrzał w górę.
-Zrobiliśmy łóżeczko dla niej. Jest w schowku. Właśnie tam idziemy.
-Kiedy je zrobiliście?
-Zaczęliśmy już pierwszego dnia, wtedy co palce sobie poraniliśmy z Samem- zaśmiał się.
-Aha, no tak…
Doszliśmy do małych drzwiczek. Kevin otworzył je i wyciągnął prześliczne drewniane łóżeczko. Drewniana rama otoczona była poprzeplatanymi ze sobą gałązkami. W środku była poukładane drewniane szczebelki, chyba na tym miał leżeć materac.
-Jest prześliczne…- wyszeptałam zafascynowana.
-Pomożesz mi zanieść je na górę?
-Oczywiście, tylko nie wiem czy dam radę je podnieść.
-Zobaczmy.
Złapałam za róg i delikatnie je podniosłam. Wcale nie było takie ciężkie jak się wydawało. Kevin złapał z drugiej strony i z lekkim trudem wnieśliśmy łóżeczko do mojego pokoju.
-A materac?- spytałam.
-Materac trzeba przynieść z innego pokoju. Idziesz ze mną?
Skinęłam głową. Weszliśmy do pokoju Sama. Kevin zsunął z łóżka pościel i zabrał materac.
-Zaraz wrócę to poskładamy tą pościel.
Kevin wyszedł, ale nie zamkną za sobą drzwi. Przy łóżku stał mały stoliczek nocny z szufladą. Podeszłam i odsunęłam ją. Na wierzchu leżały same papiery, lecz pod nimi wyczułam coś twardego. Wyciągnęłam papiery. Moim oczom ukazała się drewniana szkatułka. Nie zdziwiło by mnie to, gdyby nie sylwetka wilka wyryta w wieczku. Usłyszałam kroki, więc wrzuciłam szkatułkę do szuflady, przykryłam papierami i szybko zasunęłam szufladę. Wzięłam do ręki poduszkę i położyłam ją na łóżku. Do pokoju wrócił Kevin i od razu zabrał się za składanie prześcieradła. Kiedy cała pościel była już złożona, usiadłam na podłodze.
-Zmęczona?
-I to jak- wysapałam.- Zmęczył mnie już spacer, a to totalnie wyczerpało moją energię.
Usiadł obok mnie i powiedział:
-To może się połóż, przełożymy Jem do jej łóżeczka a kiedy obudzi się, zajmę się nią.
-To miło z twojej strony. – Spróbowałam wstać ale nie dałam rady.
Chłopak wstał i wyciągnął do mnie rękę. Przyjęłam pomoc i ruszyłam do pokoju. Przytrzymywał mnie żebym nie upadła, byłam mu naprawdę za to wdzięczna. Sama nie doszłabym nawet do drzwi. Przełożył Jem do jej pościelonego łóżeczka. Ległam na łóżko i już nie wstałam. Kevin był nawet tak miły że przykrył mnie kocem. Nie zważając na nic, zasnęłam. Nie wiem nawet kiedy Kevin wyszedł z mojego pokoju. W mojej głowie kołatało się mnóstwo myśli. Jeszcze wczoraj było tak pięknie. Mogłam nie przejmować się przyszłością, ponieważ Sam mi ją ułatwiał. Prowadził mnie przez nią. Teraz już go nie mam. W sumie to nigdy nie miałam go w pełni. Jednak teraz nie mam już go wcale. Pozostała mi nadzieja… no i Kevin.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kochani, przepraszam że dopiero teraz dodaję kolejny rozdział, ale przez ostatni tydzień nie było mnie w domu. Mam nadzieję że będę mogła dodać czternasty rozdział już niedługo :) 
Pozdrawiam wszystkich cieplutko i dziękuję za wszystkie komentarze. Aaaa, zapomniałam dodać, że jeśli też prowadzicie jakiegoś bloga lub stronkę to zostawcie link w komentarzu, na pewno zajrzę :) 



sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział dwunasty


Ponownie otworzyłam oczy, miałam nadzieję że już nie śnię. Wyszłam na korytarz i skierowałam się do pokoju Sama. Sam jeszcze spał, więc położyłam się obok niego i postanowiłam zaczekać aż wstanie. Po jakimś czasie zaczął się budzić.
-Mmmmmad?
Uznałam że coś mu się przyśniło, więc przytuliłam się do niego. Otworzył oczy i nagle ode mnie odskoczył.
-Co, co ty tu robisz?- spytał.
-Czekałam aż wstaniesz.
-Po co?
-Kłóciliście się dzisiaj w nocy?
-Kto?
-Ty i Kevin- odparłam bez zająknięcia.
Usiadł na krześle w kącie, nie patrzył mi już w oczy. Bardzo mnie to zmartwiło.
-Nie.
-Ok., masz mi coś jeszcze do powiedzenia?
Brak odpowiedzi. Skierowałam się w stronę drzwi, gdy powiedział:
-Nie możesz dalej iść z nami.
Przystanęłam.
-Czemu?
-Mam dziewczynę…- zająknął się-… która jest ze mną w ciąży…
Odwróciłam się.
-Żartujesz, prawda?
-Nie, nie żartuję i proszę wyjdź z tego pokoju.
-Nie ma sprawy.
Wybiegłam z pokoju i wpadłam na Kevina wychodzącego z pokoju, w którym spałam razem z Jem. Jak go zobaczyłam, łzy zaczęły mi spływać po policzkach.
-Czyli już ci powiedział?- zapytał.
Pokiwałam głową.
-Wszystko się ułoży, odprowadzimy cię do jakiejś wioski zostaniesz tam z Jem. Zapomnisz o nim- zerknął w stronę pokoju Sama.
-Naprawdę?
-Tak.
Był niebezpiecznie blisko. Przez chwilę myślałam że pójdzie do Sama. Jednak się myliłam. Kevin przysunął się do mnie jeszcze bardziej i mnie pocałował. Cudownie pachniał. Lasem i ziemią. Byłam w szoku. Po chwili odsuną się i wyszeptał:
-Przepraszam, przepraszam… Nie powinienem byłe tego robić –i uciekł po schodach.
W ciągłym szoku wróciłam do pokoju i usiadłam opierając się o łóżko. Sam mnie oszukał. Zrobił mi nadzieję że ze mną będzie. Myślał że nic mi nie będzie jak się mną zabawi. Mylił się. Nawet nie wiedział jak mnie zranił. A Kevin? Dlaczego mnie pocałował? Usłyszałam że Jem się budzi, więc usiadłam na łóżku. Patrzyła się na mnie swoimi zielonymi oczkami. Takimi jak ma Kevin. Mruczała coś, ale nie dałam rady tego zrozumieć.
-Co malutka?- uśmiechnęłam się do niej.-Powiesz coś? Powiedz, Lyn.
Wymruczała coś ale nie przypominało to mojego imienia. Spróbowałam jeszcze raz.
-Spróbuj, to łatwe. Lyn.
-Ly…- wymruczała.
-Ślicznie, szkoda że Tina tego nie może usłyszeć…- porwałam małą w ramiona i zaczęłam się z nią kręcić po pokoju. Zaczęło mi się kręcić w głowie, jej z pewnością też. Otworzyłam drzwi i zeszłam na dół, żeby odnaleźć Kevina.
-Kevin!-zawołałam, ale bez skutku. Nie było go tu. Usiadłam w kuchni i nakarmiłam Jem, ugotowanym wcześniej ryżem. Wtedy właśnie Sam wbiegł do kuchni. Widać było że jest wkurzony. 
-Gdzie jest Kevin?- spytał.
-Szukałam go, ale nie… - nie dokończyłam.
-Jak go zobaczysz, to powiedz, że wracam do Mad- ruszył do drzwi, ale podbiegłam i go zatrzymałam. Dlaczego ja to zrobiłam?- pomyślałam.
Zatrzymał się.
-Czyli Mad, to ta twoja dziewczyna?
-Jeśli chcesz wiedzieć, to tak!- otworzył drzwi i wyszedł.
-To cudownie, przekaż jej pozdrowienia- wykrzyknęłam za nim. – i powiedz jej jeszcze, że życzę jej dużo zdrowia, i żebyś ją zranił tak jak zraniłeś mnie!
Przybiegł Kevin i stanął naprzeciw Sama.
-Gdzie się wybierasz?
-Wracam do Madison- poszedł. Oby już nie wrócił.
Wróciłam do Jem. Dziewczynka siedziała i patrzyła się na drzwi. Kevin je zamknął i usiadł obok mnie.
-Smutno ci?
-Nie.
-Bardzo?
-Tak…- odparłam ze łzami w oczach.
Przysunął się do mnie i wyszeptał:
-Wiem, że to za wcześnie… obydwoje straciliśmy tych których kochaliśmy… ale, może… no bo wiesz, Jem…
-Popilnujesz jej przez chwilkę?
Przysunął się jeszcze bliżej, tak że czułam jego oddech na szyi.
-Oczywiście. Gdzie idziesz?
-Chciałabym się przejść- wstałam i zarzuciłam sobie na ramiona sweter który zostawił na wieszaku Sam. Wyszłam z kuchni i już miałam otworzyć drzwi, gdy usłyszałam za sobą głos Kevina:
-Wracaj szybko…
Nie odpowiedziałam, tylko zeszłam z drzewa i ruszyłam w stronę… sama nie wiem czego.


-------------------------------------------------------------------------------------------
Dziękuję za wszystkie komentarze, bardzo mi pomaga Wasza opinia o tym co piszę. Dlatego proszę, jeśli przeczytaliście mój kolejny wpis, zostawcie po sobie komentarz :) http://www.facebook.com/ChlopcyDupeczkiIGrzyweczki - likniecie ? 




poniedziałek, 21 stycznia 2013

Rozdział jedenasty


Sen Lyn

Otworzyłam oczy, lecz czułam jakbym nadal spała. Nie czując że idę poszłam do pokoju w którym spał Kevin. Już w progu słyszałam krzyki. To chyba Sam kłócił się z Kevinem. Tylko o co? Cicho uchyliłam drzwi.
-…i myślisz, że ci się to uda?- to chyba Sam.
-Jak najbardziej. Chyba nie zamierzasz jej oszukiwać do momentu kiedy dojdziemy do Domu?
-A jak mam jej to powiedzieć?
-Nie wiem, może po prostu powiedz jej prawdę?
O co im chodzi? Sam mi o czymś nie powiedział? Wiedziałam że nie wiem o nim wszystkiego, ale chyba coś powinnam? Nie zważając na nic, weszłam do pokoju. Dziwne. Nie zauważyli mnie, tylko rozmawiali dalej.
-Powiedz jej, że nie możesz z nią być i zaprowadzimy ją do najbliższej wioski razem z Jem i tam zostanie- zaproponował Kevin.
-Tak? Myślisz, że to takie łatwe? Sam jej to powiedz jak jesteś taki mądry!
Sam zaczął wycofywać się z pokoju. Na jego twarzy malowały się bezradność i smutek. To coś o czym mi nie powiedział musiało co tak zmartwić.
-Nie mogę jej tego powiedzieć- zaprzeczył Kevin.
-Ok., powiem jej…-odpowiedział Sam- …jutro.
Wyszedł z pokoju więc ruszyłam za nim. Sam wszedł do swojego pokoju i zamkną drzwi. Kevin chyba postanowił coś ugotować, bo krzątał się teraz głośno po kuchni. Wróciłam  do pokoju i położyłam się na łóżku. To sen? Lunatykuję? Jeśli lunatykuję to jak wytłumaczyć to, że nie zauważyli jak weszłam do pokoju? Może wszystko sobie wymyśliłam? Z taką myślą wtuliłam się w poduszkę i zasnęłam. 

środa, 16 stycznia 2013

Rozdział dziesiąty


Obudził mnie płacz. Zauważyłam Sama trzymającego Jem na rękach, więc spytałam:
-Co się stało?
-Zaczęła płakać, postanowiłem ją uspokoić, ale gdy zauważyła że trzymam ją ja, rozpłakała się jeszcze bardziej…
-Chodź maluszku…- wyszeptałam do niej czule i zabrałam ją od Sama. Położyłam Jem na swoim brzuchu. Przytuliła się i zasnęła.
-Widzisz- powiedział  i przysuną się do mnie- wiedziałem, że ci się uda- i pocałował mnie delikatnie.
Nie wiem kiedy zmorzył mnie sen, ale wiem że się nie wyspałam.
Powoli spróbowałam otworzyć oczy, poczułam ciężar na brzuchu. Po chwili przypomniałam sobie że to Jem. Przełożyłam ją na materac i ruszyłam szukać czegoś, czym mogłabym ją nakarmić. Znalazłam ryż i mleko w proszku. Było tego sporo, więc przed wyruszeniem w dalszą drogę spakowałam kilka opakowań do plecaka.
Szliśmy już od kilu godzin. Cieszyłam się że Jem śpi a nawet jak się budzi, jest grzeczna. Polubiłam ją. Jej małe rączki i oczka.
-Za chwilę dojdziemy- powiedział Sam.
-I tym razem to nie jest typowy schron- zauważył Kevin. Zdziwiłam się.
-Naprawdę?
-Serio- przytulił mnie i zabrał Jem ode mnie.
-Dobrze, że ją wziąłeś- szłam dalej przez wysoki śnieg.- Robi się ciężka.
Ściemniało się. Nigdzie nie było widać schronu. Trochę mnie to wkurzyło. Gdy byłam już całkiem zrezygnowana, Kevin raczył oznajmić mi dobrą wiadomość.
-Spójrz w górę- powiedział i wspiął się na drzewo.
Podążyłam za nim wzrokiem. To drzewo to chyba dąb. Było bardzo wysokie i masywne. Kevin odsłonił kilka gałęzi i moim oczom ukazał się domek na drzewie. Szok. Pierwszy raz widzę domek na drzewie. Był prześliczny. Miał dwa okienka pomalowane na szaro, ale drzwi jeszcze nie zauważyłam. Chyba są z tyłu. Sam podał dziewczynkę Kevinowi i zawołał do mnie:
-Chodź, pomogę ci wejść.
Podeszłam a Sam podniósł mnie i podał Kevinowi. Nie wiem gdzie podziała się Jem. Kevin postawił mnie na podeście a sam wszedł do chatki. Usiadłam na ławeczce przy oknie. Ładnie tu. Gdzie się nie rozejrzeć, wszędzie biało. Wszystko pokrywa śnieg. Ciekawe jak jest tu latem.
-Zmęczona?- zapytał Sam siadając obok mnie.
-Bardzo…
Usłyszałam płacz Jem, więc popędziłam ośrodka. Tak jak myślałam, drzwi były z tyłu. Były drobne, pokryte różnymi ozdobieniami. Weszłam do środka. Moim oczom ukazała się kuchnia, całkiem duża jak na domek na drzewie, salon oraz coś na kształt jadalni. Jem leżała na fotelu. Kevin widocznie zostawił ją tutaj.
-Chodź malutka- wyszeptałam podchodząc do niej.- Głodna jesteś?
Wzięłam ją na ręce i ruszyłam do kuchni. Posadziłam ją na bujanym fotelu przy stole. Z plecaka wyjęłam opakowanie mleka w proszku i rozrobiłam je w ciepłej wodzie. Tu jest woda? Na drzewie? Posadziłam sobie Jem na kolanach.
-Ciekawe gdzie jest Kevin?
Nakarmiłam ją i weszłam na górę po schodach. Pierwsze drzwi po lewej stronie wyglądały zachęcająco, więc weszłam do tego pokoju. Położyłam Jem na łóżku, otaczając ja murkiem z poduszek, żeby nie spadła. Postanowiłam poszukać Kevina. Wróciłam na korytarz. Zajrzałam do wszystkich pokoików. Wyglądały praktycznie tak samo, drewniane łóżko z materacem i mała szafka. Już miałam wejść do ostatniego pokoju, ale usłyszałam walenie. Jakby ktoś zbijał deski. Wróciłam do pokoju w którym spała Jem. Kiedy upewniłam się, że śpi spokojnie, położyłam się obok niej i zasnęłam. 

czwartek, 10 stycznia 2013

Rozdział dziewiąty


-Zii… mno…- szczękałam zębami.
-Śpij…- wyszeptał mi do ucha- nie marudź…
-Nie, Sam. Trzeba wstawać.
-Jeszcze moment…
Wstałam i poprawiłam sobie włosy, wyciągając z nich kawałki słomy i siana.
-Masz w plecaku jeszcze jakiś sweter?- zapytałam.
-Chyba tak…
Podeszłam do plecaka i zaczęłam szukać, znalazłam sweter i plastikową reklamówkę. Założyłam sweter w szaro czerwone paski i postanowiłam rozejrzeć się po szopie. Większość miejsca zajmowało siano i ziarno dla zwierząt. W rogu zauważyłam małą białą szafkę, podeszłam i otworzyłam ją. W środku znalazłam całą masę bandaży, leków przeciwbólowych, wody utlenionej oraz opasek uciskowych. Czyli mniej więcej wszystko potrzebne do opatrzenia rany. Wróciłam po reklamówkę, którą wcześniej znalazłam. Włożyłam wszystko do niej, kiedy na ziemię wypadła malutka czarna latarka i równie mała paczka baterii. Byłam szczęśliwa. Podeszłam do Sama i pokazałam mu to co znalazłam. Zobaczył to i natychmiast kazał mi się zbierać.
-Zbieraj się Lyn- pospieszał mnie.
-A kto tu nie chciał wstawać?
Podszedł i pocałował mnie w czoło.
-Oczywiście że ty- odpowiedział ze śmiechem.
Odsunęłam się nieco.
-Ok., możemy już iść- odpowiedziałam z zupełną obojętnością.
Wzięłam plecak i pomogłam go założyć Samowi na plecy, wcześniej chowając do niego reklamówkę z bandażami i słoik ze świeczka. Wyszliśmy ze stodoły. Przywitał nas okropny mróz.
-Idziemy do następnego schronu?
-Tak, i jeśli się pójdziemy szybciej, jest możliwość, że dotrzemy dalej niż zamierzaliśmy.
-To cudownie, wiesz może gdzie mogą być Kevin i Tina?- zapytałam brnąc po kolana w śniegu, który musiał spaść dzisiaj w nocy.
-Pewnie idą do schronu, możemy na nich tam zaczekać…
Przez większość drogi szliśmy w głuchej ciszy. Las wydawał się uśpiony. Nad drzewami powoli wschodziło słońce. Jednak wszystko zmącił hałas dobiegający zza wysokich krzaków. Brzmiało to trochę jak motor, trochę jak samochód. Momentalnie położyliśmy się na śniegu nasłuchując odgłosów. Do warkotu dołączył teraz odgłos kroków. Ten ktoś musiał iść bardzo szybko, bo momentalnie stanął przy nas i krzyknął:
-Wstawać!
Powoli wstaliśmy. Sam schował mnie za sobą.
-Ręce do góry! Nie ruszać się!- krzyczał i mierzył do nas z pistoletu.
-Nie odzywaj się- szepną mi Sam i podniósł ręce do góry.
W odpowiedzi lekko pokiwałam głową.
-A teraz powiedzcie mi dzieci, co wy tutaj robicie?
-Wyszliśmy na spacer, właśnie wracamy do domu- odpowiedział powoli Sam.
-Aha, i bez kurtek? Z wielkim plecakiem na plecach? Coś mi się wydaje że kręcicie.
-Serio, to tylko spacer- upewniał go Sam.
-Serio? A ci ludzie za wami to kto? Wasi rodzice? Też z wielkim plecakiem?- wskazał na las.
-To kolega ze swoją dziewczyną- Sam dalej wciskał mu kit.
-Coś mi się nie wydaje- wyszeptał i strzelił na oślep w kierunku lasu. W tym samym momencie usłyszeliśmy zduszony jęk.
-Jeśli któreś z was się poruszy- zagroził i wskazał na odbezpieczony pistolet.
Jak można by tak okrutnym?
-Ja go zatrzymam, a ty w tym czasie biegnij jak najszybciej w stronę lasu- wyszeptał cicho Sam.
-Ok.- odszepnęłam.
-To jak?- niecierpliwił się facet. - Powiecie mi co robicie w lesie?
-Byliśmy na spacerze, dosyć długim, więc wzięliśmy kanapki i picie jakbyśmy zgłodnieli.
-Teraz?
-Teraz.
Pędem ruszyłam w stronę drzew. Sam biegł osłaniając mnie przed kulami. W oddali zauważyłam Kevina, ale nigdzie nie było Tiny. Gdzie jest Tina? Ją postrzelił? A co z Jem? W mojej głowie kołatało się wiele różnych myśli. W którą stronę uciekać? Popatrzyłam na Sama, który trochę zwolnił, widocznie nas nie gonią… Kevin szedł za nami niosąc Jem, Tiny nadal nigdzie nie było.
-Co z Tiną?
-Nie żyje. Ten strzał ją zabił- odpowiedział mi sucho Sam.
-Weź Jem od Kevina i idź przodem, muszę z nim porozmawiać.
Podeszłam do Kevina i wzięłam od niego małą, która słodko spała nie zważając na nic. Oddaliłam się trochę od chłopaków, cichutko pochlipując. Nawet dobrze się nie poznałyśmy, a już nie żyje. Ten świat jest niesprawiedliwy. I co będzie z Jem. Chyba Tina nadal karmiła ja własnym mlekiem. Co teraz będzie jadła? Sam z Kevinem podeszli do mnie.
-Musisz zastąpić Jem matkę- powiedział Kevin.
-Ale ja sobie nie poradzę…
-Musisz się nią zaopiekować, nie ma tu na razie innej kobiety.
-Lyn, wiem że to trudne, ale musimy spróbować…- wyszeptał Sam.
-Naprawdę? Mam się nią opiekować i jeszcze uciekać przed tymi walniętymi ludźmi? Niestety na to się nie zgodzę. Mogę się zaopiekować Jem, ale musicie znaleźć miejsce w którym spędzimy przynajmniej tydzień. Muszę odpocząć.
-Zrobimy co w naszej mocy, ale teraz musimy iść do schronu, zaraz zapadnie noc a my nie mamy gdzie spać- odpowiedział Kevin.
Po jakimś czasie Jem się obudziła i śmiała się gaworząc po swojemu. Jak mam się zaopiekować małym dzieckiem, jeśli nigdy żadnego nie widziałam z bliska? Mam dopiero piętnaście lat, a już wymaga się ode mnie niemożliwego. Najchętniej poszłabym spać i zapomniała o całym świecie, ale to niemożliwe. Oni na mnie liczą. Muszę dać sobie radę.
Po dotarciu do schronu, nakarmiłam Jem namoczonym suszonym jabłkiem i ułożyłam ją pomiędzy mną a Samem na materacu. Po jakimś czasie zasnęła, wtulając się we mnie. W ogóle nie odczuwała braku matki.
-Myślisz że dam sobie radę?- zapytałam szeptem Sama.
-Na pewno, jesteś cudowna, wiem że dasz sobie radę…
Po tych cudownych słowach wsparcia, uśmiechnęłam się i zasnęłam śniąc o krainie, w której wszyscy się kochają, nikt ze sobą nie walczy, wszystko jest cudowne... ...jak marzenia małych dzieci…

piątek, 4 stycznia 2013

Rozdział ósmy


Obudziło mnie przeraźliwe zimno. Sama nie było obok. Postanowiłam go poszukać, więc wstałam i poszłam korytarzem w stronę kuchni. Zauważył mnie i podbiegł żeby się przywitać.
-Wstałaś…
-Mhmmm…- wymruczałam w jego koszulkę, która pachniała drzewami i wiatrem.
-Wyspałaś się?
-Tak…
-Chodź, zjesz coś i wyruszymy.
Usiedliśmy przy malutkim polowym stoliku. Musiałam być głodna, bo zjadłam cztery kanapki z serem żółtym i popiłam herbatą. Po kilku minutach do pokoju weszła zapłakana Tina. Od razu podbiegłam do niej i zapytałam:
-Co się stało?
-Jem jest gorąca i ma czerwone policzki…
-Weź ręcznik i zamocz go w zimnej wodzie- powiedział Sam i wyszedł z kuchni. Poszłam za nim. Skierował się w stronę pokoju Kevina i Tiny. Podszedł do materaca na którym leżała Jem. Przybiegła Tina z ręcznikiem i miską zimnej wody.
-Daj- powiedział Sam i wziął ręcznik od Tiny. Po czym położył go na czole Jem.- Musimy zostać póki się jej nie polepszy…
-Może pójdźcie pierwsi, a my ruszymy jak będzie lepiej.-podpowiedział Kevin.
-Nie powinniśmy się rozłączać, ale chyba tak będzie lepiej…- zamyślił się- chodź Lyn…- wziął mnie za rękę i wyprowadził z pokoju.
-Naprawdę ich zostawiamy?
-Musimy iść…- szepną i pocałował mnie. Poczułam że odlatuję, ale Sam sprowadził mnie na ziemię i pociągną w głąb korytarza.
Zebraliśmy swoje rzeczy do plecaka i wyszliśmy na zewnątrz. Było strasznie zimno i przytuliłam się mocniej do Sama, odwrócił się  i pocałował mnie.
-Pamiętasz co ci wczoraj mówiłem?- zapytał.
-To, że mam się trzymać blisko ciebie?
-Tak- musną delikatnie moje usta swoimi.- i pamiętaj o tym…
Szliśmy przez gęsty las,  mróz nie ustępował. Zaczęło się ściemniać i Sam powiedział:
-Musimy szybko dotrzeć do schronu…
-Na..na.. napra.. naprawdę szybko… bo za… mar… zam…- powiedziałam szczękając zębami.
-To już nie daleko, jeszcze pół godziny i powinniśmy dojść- powiedział.
-Suuperrr…
Zaśmiał się i tak jak powiedział, po chwili zauważyliśmy drzwiczki w ziemi. Wyglądały jak drzwiczki do piwnicy, tyle że te były mniejsze.
-Jesteśmy…
-Ekstraaaaa….
Weszliśmy do środka, poczułam stęchły zapach i zasłoniłam nos ręką. W sumie lepsze to niż siedzenie na dworze.
-Zjesz coś?
-Straciłam apetyt…
-Przez ten zapach?
-W większości tak, położyłabym się już…
-Ok., nie ma sprawy.- powiedział i pociągnął mnie w stronę drzwi. Było strasznie ciemno a my nie mieliśmy latarki.
-Masz zapałki?- wyszeptałam.
-Mam coś lepszego…
-Naprawdę? Więc co to takiego?
-Świeczki…
-Cudownie…
Zapalił jedną świeczkę i ruszyliśmy dalej korytarzem. Sam otworzył pierwsze drzwi i weszliśmy do pokoju. Wydawało mi się że tutaj śmierdzi jeszcze bardziej. Poświecił i podszedł do materaca. Coś na nim leżało, więc odsunął koc i zobaczył ciało, w większości zjedzone przez robaki.
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!- pisnęłam ze strachu i schowałam się za Sama, który odłożył koc. Szybko wyszliśmy z pokoju i mocno zamknęliśmy za sobą drzwi. Wróciliśmy do głównego pomieszczenia. – O mój Boże! Co to miało być?
-Hmmm…- widać było po nim, że też był przestraszony.- Widocznie dawno nikt tu nie wchodził…
-To co robimy? Nie zamierzam spać w tym smrodzie!
-Dobrze, załóż jeszcze  jeden sweter. Pójdziemy poszukać następnego schronu, i tam zostaniemy…
-To cudownie…- powiedziałam i szybko założyłam sweter. Po wyjściu ze schronu poczułam się lepiej, ten zapach był okropny. Weszliśmy w ciemny las, Sam zapalił świeczkę i wstawił ja do słoika który wzięliśmy ze schronu w którym pozostali Kevin z Tiną i Jem. Szliśmy w milczeniu, przez większość drogi oglądałam się za siebie, czy nikt nas nie obserwuje. Z całą pewnością dzisiaj łatwo nie zasnę.
Po kilku godzinach marszu, dotarliśmy do dużej polany, na której stała mała szopka na siano.
-A może zostańmy na noc tutaj- zapytałam i wskazałam ręką szopkę.
-Raczej nie powinniśmy…
-No to możesz iść dalej, ja zostaję tutaj. Nie mam siły dalej iść…- i zaczęłam kierować się w stronę szopki, jeśli dałam sobie radę przez trzy lata, to teraz też nie umrę.
-Zaczekaj!- krzykną i ruszył za mną.
-Możesz zostać ze mną…
Nie odpowiedział, ale poszedł za mną. Weszliśmy do szopki, pod ścianą zauważyłam snopki siana. Postanowiłam zrobić sobie z nich ‘’łóżko’’.
-Pomogę ci…
-Nie trzeba- syknęłam- sama sobie poradzę.
Jednak nie słuchał moich protestów i zabrał mi z rąk klocek siana.
-Nie ma sprawy, wezmę drugi- i sięgnęłam po następny.
-Nie ma mowy.
-Owszem, jest.
-Ok., śpisz dzisiaj sama.
-Właśnie chciałam cię o to poprosić, więc sorry, płakać nie będę.
Kiedy skończyłam układać siano, Sam podszedł do mnie i powiedział:
-Przepraszam…
-Nie dzięki, muszę to przemyśleć-odpowiedziałam i położyłam się na sino. Było dosyć twarde, ale udało mi się ułożyć w miarę wygodnie.
-Proszę, wybacz mi…- spróbował mnie przytulić ale go odepchnęłam.- Oho, ale foch…
-Dobranoc.
-Ok., dobranoc.
Tak jak przewidziałam, nie mogłam zasnąć. Sam ustawił słoik ze świeczką, pośrodku nas. Światło odbijało się w szklanych ściankach słoika. Wyglądało to pięknie. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Miałam straszny sen. Ktoś zamkną mnie w schronie razem z martwym ciałem. Krzyczałam, żeby mnie wypuścili, ale nikogo nie było przy wejściu. Zaczęłam piszczeć i krzyczeć na cały głos. W oddali usłyszałam czyjś głos. Był coraz bliżej. Kiedy otworzyłam oczy, ujrzałam świeczkę w słoiku, ale głos nie znikł. Ktoś do mnie podszedł. Po chwili zauważyłam znajome rysy. To był Sam. Kucną i przytulił mnie.
-Już dobrze…
-Nie jest dobrze…
-Czemu?
Nie odpowiedziałam tylko mocno go przytuliłam. Położył się obok i spaliśmy tak do rana.

czwartek, 3 stycznia 2013

Rozdział siódmy


Obudziłam się w ramionach Sama. Uśmiechną się i powiedział:
-Słodko wyglądasz…- i pocałował mnie w czoło.
-Na pewno…- odparłam ze śmiechem.- Która godzina?
-Chyba szósta coś… - zamyślił się i spojrzał na zegarek- tak szósta trzydzieści dwie.
-Wstajemy?- zapytałam i nagle usłyszeliśmy płacz Jem.
-Raczej…
Wstałam i założyłam koszulkę, którą dostałam od Sama. Była trochę za duża, a moje nie nadawała sie już do chodzenia. Postanowiłam pójść do pierwszego pokoju i sprawdzić co na śniadanie. Zauważyłam Sama stojącego przy szafce i podeszłam do niego.
-Lyn?
-Tak?
-A, nie, nic- zamyślił się- zimno tu, idź weź sweter- odwrócił się i pocałował mnie.- Widzisz tą szafkę w rogu?- wskazał na jakiś kształt.
-Mhmm?
-W tej szafce powinny być swetry, wybierz sobie jakiś.- W tej chwili do pokoju weszła Tina z Jem na rękach.
-Wyspani?- zapytała z uśmiechem.
-Tak- odpowiedzieliśmy razem i zaśmialiśmy się.
Wzięłam sweter z szafki i usiadłam obok Sama szykującego śniadanie.
-Idziemy teraz i jemy śniadanie po drodze czy zjemy tutaj?- zapytał Kevin, który nagle wszedł do pomieszczenia i usiadł obok Tiny, przytulając ją. Po chwili zamyślenia powiedziałam:
-Chyba lepiej by było iść i jeść, szybciej dostalibyśmy się do… tego miejsca w które idziemy, tak?
Sam podszedł i pocałował mnie.
-Jeśli tak mówisz, to zapakuje kanapki i zjemy je po drodze- powiedział i wrócił do kanapek.
Kiedy skończył, wyruszyliśmy z chatki. Było dosyć jasno, więc widzieliśmy prawie wszystko. Sam podszedł do mnie i wziął mnie za rękę.
-Trzymaj się mnie-pocałował mnie w czoło- bo się zgubisz…
-Spróbuję…
-Obiecaj, że będziesz trzymać się blisko mnie przez całą drogę do plaży- powiedział.
-Plaży, powiadasz?
-Ojoj, no tak.. hmm… plaży… bo niedaleko od plaży..jest nasz schron… pójdziemy na plażę… jeśli zechcesz…
-Pewnie że chcę- przytuliłam się do niego- byłam kiedyś nad morzem, jak miałam pięć lat…
-Pamiętasz gdzie byliście?
-Miałam pięć lat, więc raczej niewiele pamiętam…
-No tak, głupie pytanie…
Szliśmy dalej. Nagle nad naszymi głowami rozległ się straszny hałas.
-To samoloty!- krzykną Kevin.- Schowajcie się w krzaki!
Sam pociągnął mnie w stronę krzaków i położył się na ziemię, nakazując mi to samo. Poszłam więc w jego ślady.
-Co ci wcześniej mówiłem?
-Żebym się ciebie trzymała…- wyszeptałam ze strachem.
-Na razie ci się to udaje…- odszepną i przysuną się bliżej mnie.
-To chyba dobrze…
-Bardzo dobrze…- i delikatnie mnie pocałował.
Samoloty krążyły jeszcze z 10 minut, aż odleciały. Sam pomógł mi wstać i pocałował mnie jeszcze raz.
-Trzymaj się tego co ci powiedziałem…
-Dobrze…
Szliśmy aż do wieczora. Stanęliśmy na małej, leśnej polanie i Sam z Kevinem poszli znaleźć mały schron, który powinien tutaj być.
-Sam dobrze się tobą opiekuje?- zapytała Tina kiedy byłyśmy same.
-Dobrze, Jem śpi?- zapytałam spoglądając na nią.
-Tak- wyszeptała- ślicznie wygląda.
-Temu nie da się zaprzeczyć…
Po kilku minutach wrócił Sam i powiedział że schron jest nie daleko, po czym wziął śpiącą Jem od Tiny.
-Chodźcie, bo jeszcze mi tu zamarzniecie…
-Oby nie- odparłam ze śmiechem i poszłyśmy za Samem.
Schron znajdował się pod ziemią, więc było tam w miarę ciepło. Zjedliśmy resztę kanapek i położyliśmy się spać w małym pokoiku, Sam tym razem nie uciekał od spania ze mną. W czasie drogi myślałam, że jak tu dotrzemy, to zasnę i nie będę mogła wstać, natomiast działo się inaczej…
-Śpisz?- zapytał Sam.
-Nie…
-Spróbuj zasnąć, jutro znowu trzeba będzie dużo iść...
-Spróbuję…- I od razu zasnęłam, jakby Sam miał na mnie działanie usypiające. A może to myśl że jutro znowu trzeba będzie iść? Nie wiem…