wtorek, 13 sierpnia 2013

Rozdział dwudziesty pierwszy


Znalazłam się w długim, białym korytarzu. Na ścianach wisiało mnóstwo różnych obrazów. Jedne przedstawiały zwierzęta, inne rośliny, jeszcze inne krajobrazy. Weszłam do pierwszego pokoju i przeżyłam szok. Ściana naprzeciw mnie była cała oszklona. Pośrodku znajdowały się również oszklone drzwi. Otworzyłam  je i znalazłam się naprzeciw wielkiego basenu. Wyglądał cudownie. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Wróciłam do pokoju i rozejrzałam się po nim. Po prawej stronie stało wielkie, białe łóżko z baldachimem. Po obydwu jego stronach stały metalowe stoliki nocne, pomalowane na biało. Fajnie tu wyglądało. Poza tym pokój był psuty. Wróciłam się po swoją torbę i położyłam ją na podłodze przed łóżkiem. Zdjęłam szarą bluzę którą miałam na sobie i położyłam się na miękkiej pościeli. Zawsze tak jest, że jak znajdę fajne miejsce do spania, to ktoś musi mi przeszkodzić. W tym wypadku była to Jem. Cichutko weszła do mojego pokoju i wdrapała się na łóżko. Leciutko pociągnęła mnie za łańcuszek który miałam na szyi i wyszeptała:
-Lyn… Lyn obudź się…
Byłam tak zmęczona że tylko wymruczałam:
-Po coo?
-Dzidzia płacze!
Kiedy to usłyszałam, od razu poderwałam się na nogi i pobiegłam do pokoju na górze. Drzwi były już otwarte i kiedy dopadałam łóżeczka w którym spał Julian, zauważyłam dziwny fakt, że chłopca w nim nie ma. Rozejrzałam się po całym pokoju i nie zauważyłam ani śladu. Pobiegłam do pokoju w którym spał Sam. Gwałtownie otworzyłam drzwi i zobaczyłam Sama siedzącego na łóżku, tyłem do mnie. Podeszłam do niego.
-Tylko cicho bądź bo właśnie go uśpiłem- wyszeptał po czym wstał i położył Juliana na poduszce.
-Ach.
-Widzisz. Ja też umiem zajmować się dziećmi.
-Widzisz, że poradziłbyś sobie beze mnie.
-Bez ciebie nigdy.
Wyszłam z pokoju. Tak jak myślałam, Sam podążył za mną i przytulił mnie od tyłu.
-Nie możesz mnie zostawić….
-A jednak.- powiedziałam i zeszłam schodami na dół. W pewnym momencie straciłam grunt pod nogami i wylądowałam na podłodze obok Jem.

Dziewczynka zaczęła się śmiać i od razu poprawił mi się humor. Mimo lekkiego bólu głowy, wzięłam ją na ręce i wróciłam na górę do Sama. Położyłam się obok niego i Juliana i zasnęliśmy. 

Rozdział dwudziesty

Dwa dni później byliśmy już przygotowani do drogi. Tym razem dostaliśmy terenowy samochód, wiec nie musieliśmy nosić ciężkich plecaków. Sam usiadł za kierownicą, a ja z tyłu z Jem i Julianem. Wczoraj był u mnie Aleks. Myślałam, że też z nami pojedzie, ale musiał zostać ze swoimi rodzicami. Trochę szkoda. Fajny był. Jechaliśmy wąską, leśną drogą. Śnieg prawie stopniał i nie było takich wielkich zasp. Szybko minęła mi ta zima. Ciekawa jestem gdzie teraz pojedziemy. Pewnie do jakiegoś następnego schronu. Dość mam już tego ciągłego ukrywania się.
-Sam?
-Tak?
-Dokąd jedziemy?
-Jedziemy do domu.
-Domu?
-Tak, dostałem klucze do domu w Londynie.
-Uaa…
Pozostały czas spędziliśmy w ciszy. Jem i Julian spali, więc ja też mogłam się zdrzemnąć.
5 godzin później…
-Lyn, wstawaj!
Tak wygodnie mi się śpi a ktoś mnie budzi.
-Lyn, wstawaj, dojechaliśmy!
Otworzyłam zaspane oczy i popatrzyłam na Sama.
-Że co?
-Jesteśmy w Londynie.
-Ahh a myślałam, że coś się stało…- i ponownie zamknęłam oczy.
-Lyn nie żartuj sobie, trzeba przenieść Jem i Juliana do domu.
Wciąż zaspana wyszłam z samochodu i wzięłam śpiącą Jem na ręce. Odwróciłam się plecami do samochodu i aż zaparło mi dech w piersi. Stałam przed białą willą. Chciałabym opisać słowami ten dom, ale do tego nie ma słów. Zabrakło by ich. Szok i ja w tym mam mieszkać.
-Skąd masz taki dom? –zapytałam Sama wchodząc po wysokich schodach.
-Mieliśmy tu zamieszkać z Mad. Ale jej już nie ma. Więc będę tu mieszkać z tobą.
Weszliśmy do jasnego, białego przedpokoju. Wszystko wyglądało jak w jakimś pałacu.
-I będziesz tu mieszkał ze mną dlatego, że Mad nie żyje? Czy masz jeszcze inny powód?
-Mam inny. Ktoś musi się zaopiekować Julianem. –zaśmiał się pod nosem.
-Ranisz.
-Wiem.
Weszliśmy po schodach wyłożonymi białymi płytkami
-Tylko nie wiem jak się podzielimy, bo tutaj są tylko dwa pokoje z łóżkami.
-Ty będziesz spał z Julianem, ja z Jem.
Uśmiechnął się kpiąco.
-Wolałbym mieć pokój z jakąś dziewczyną…
-No to weź sobie Jem.
Weszliśmy do pokoju w którym stały dwa małe łóżeczka. Położyliśmy dzieci do nich i wyszliśmy na korytarz.
-Nie chcę Jem…
-Ok. to ja śpię w salonie! -Popatrzyłam na niego i zaśmiałam się pokazując zęby.
On zamiast zaprotestować przyciągnął mnie do siebie i delikatnie pocałował.
-Śpisz ze mną…
-Eee? A to niby dlaczego?
-Bo mi się tak podoba! –pocałował mnie jeszcze raz, tym razem pewniej.
-Nie przekonałeś mnie! –wystawiłam mu język i zaśmiałam się.

-Dobra, sama przyjdziesz. –wypuścił mnie i zamknął się w pokoju z niebieską zawieszką na klamce. Pomyślałam, że przynajmniej wiem gdzie jest ten pokój. Postanowiłam zobaczyć resztę pomieszczeń. Więc w tym celu zeszłam na dół i rozpoczęłam zwiedzanie. 
--------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam. Jak zwykle opuściłam się w pisaniu :( główne powody to : wakacje, obóz sportowy, problemy z chłopakami i brak weny. Przepraszam za to ;* 

sobota, 11 maja 2013

Rozdział dziewiętnasty


 Następnego dnia obudził mnie czyjś głos, nie był głośny, ale jakoś nie mogłam poznać kto do mnie mówi. Otworzyłam oczy. Nadal siedziałam pod ścianą, czyli tam gdzie wczoraj zasnęłam. Przede mną stała Jem. Dziwne co? Taka malutka. Ubrana była w różową sukieneczkę do kolanek i różowe balerinki. Ślicznie wyglądała. Nie mogłam oderwać od niej oczu.
-Lyyn?
-Tak, to ja…- przytuliłam ją i pocałowałam w główkę.- Gdzie byłaś?
-Maad…
-Byłaś z Mad?
W odpowiedzi pokiwała główką i mocniej się do mnie przytuliła. Wtedy poczułam jak bardzo za nią tęskniłam. W ostatnim czasie to ona dawała mi siłę i nadzieję. Ma w sumie tylko mnie. Nie wiem czy Kevin się liczy. Chyba jakoś się liczy, w końcu jest jej ojcem… Eee tam, taki ojciec. Nawet nie dopilnował jej żeby nie uciekła z tamtej oszklonej sali. Są jednak plusy, że Sam mnie znalazł. Wstałam i usiadłam z Jem na łóżku.
-Idziemy do Mad?
-Nie!
-Czemu?
-Nie…
-Ok., idziemy- uśmiechnęłam się chytrze do małej.
-Nieee…
-Tak, tak, ciekawa jestem jak tu przyszłaś.
Wyszłam z pokoju niosąc Jem na rękach. Szłam tym samym korytarzem co trzy dni wcześniej. W połowie drogi do oszklonej sali usłyszałam płacz małego dziecka. Doszłam do sali i uchyliłam drzwi. To stamtąd dobiegał ten płacz. Postawiłam Jem na podłodze i podeszłam do łóżeczka z którego dobiegał płacz. To był mały chłopczyk ubrany w białe body i białą czapeczkę. Wyciągnęłam w jego stronę ręce. Od razu się uśmiechnął i przestał płakać. Spróbowałam go wziąć na ręce. Był taki malutki i słodki. Cały czas się do mnie uśmiechał a Jem stała przy moich nogach i patrzyła obrażona na mnie.
-Zobacz jaki dzidziuś- powiedziałam do niej i kucnęłam, żeby mogła zobaczyć chłopca.
-Dzidzia!
-Tak, dzidzia- uśmiechnęłam się do niej i usiadłam na krześle obok łóżeczka.
Chłopiec robił się coraz bardziej senny, tak samo jak Jem stojąca przy krześle. Po chwili Jem usiadła przy krześle i zasnęła. Odłożyłam chłopca do łóżeczka i podniosłam dziewczynkę z podłogi. Przytuliła się do mnie. To przypomniało mi o Aleksie. Miał dzisiaj przyjść. Położyłam Jem do pierwszego stojącego przy mnie łóżeczka i wybiegłam z sali. Tak się rozpędziłam, że znowu na kogoś wpadłam. To oczywiście był Aleks, bo któż by inny.
-Przepraszam, zagapiłam się- wyszeptałam patrząc w jego szare oczy.
-To ja znowu nie uważałem, przepraszam- uśmiechnął się. – Wiesz, że właśnie do ciebie szedłem?
-Serio? Ja o tym zapomniałam… o tym że miałeś przyjść, znaczy się… i dlatego tak pędziłam. –zaśmiałam się.
-Zjesz coś może?
-Emm, w sumie to śniadania nie jadłam…
-To co? Zjemy razem śniadanie?
-Możemy…
Ruszyliśmy korytarzem, po chwili znaleźliśmy się w pomieszczeniu którego jeszcze nie znałam. To chyba musiała być ta ich stołówka. Wzdłuż ścian stały długie prostokątne stoły i przy nich krzesełka. Ciekawe co oni tu podają.
Aleks podszedł do okienka przy drzwiach i wziął dwie tacki z czymś owiniętym w folię aluminiową. Kiedy usiedliśmy przy stole zajrzałam pod osłonkę. Był to naleśnik z czymś zielonym w środku. Pewnie jakaś sałata. Zaśmiałam się pod nosem. Dawno nie jadłam sałaty, zwłaszcza w naleśniku. Wydobyłam posiłek spod folii i ugryzłam kawałek. Okazało się nawet smaczne. Aleks też już zabrał się za swoje śniadanie więc nie wiedziałam czy wypada teraz coś mówić. Siedziałam w ciszy i co raz zagryzałam naleśnika czekając na rozwój sytuacji. Aleks po chili się odezwał
-Chcesz coś do picia? Kawa? Herbata?
-Herbata jest Ok… tak poproszę herbatę. –uśmiechnęłam się.
Aleks wstał i ponownie podszedł do okienka. Po chwili wrócił z tacą z dwoma kubkami. Jeden podał mi a drugi postawił przed sobą. Kiedy zjedliśmy zapytałam
-Wiesz co z Mad?
-Wiesz, raczej nie za dobrze…
-Czyli?
-Urodziła chłopca…
-A ona?
-Ona… ona nie żyje… trochę trudno o tym mówić, opiekowała się mną kiedy moi rodzice byli w pracy…
Nie odzywałam się. Jednak coś poszło nie tak i Mad nie żyje. Nie mogłam uwierzyć. Pozbawiłam drugie dziecko matkę. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
-A co z jej dzieckiem?
-Leży w sali dziecięcej…
-Mogę je zobaczyć?
-Jeśli chcesz…
Wstaliśmy od stołu i odnieśliśmy tace do okienka. Wróciliśmy się tą samą droga którą wcześniej szliśmy. Kilka minut później byliśmy już w sali dziecięcej. Wolałam to miejsce nazywać oszkloną salą. Ładniej to brzmiało. Aleks podszedł do łóżeczka w którym leżał chłopiec, którego wcześniej uśpiłam. Nadal spał.
-To on.
Zaparło mi dech w piersi. Trzymałam dziecko nie żyjącej już dziewczyny. Nie wiedząc o tym.
-Chodźmy stąd, nie dobrze mi…
Wyszłam z sali nie patrząc czy Aleks za mną idzie. Nie szedł. Został tam. Wpadłam do pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi. W pokoju ponownie zastałam Sama siedzącego na moim łóżku. Nic nie mówił. Patrzył w drzwi jakby ktoś miał zaraz wejść. Niestety nikt nie wszedł a ja zostałam z nim sama.
-Nie chciałam, Sam…
-Trochę za późno! –wstał z łóżka i zaczął chodzić po pokoju.
-Krzyk nic już nie da… masz syna… -wyszeptałam.
-I co z tego? Mad nie żyje! Rozumiesz to? –zbliżył się do mnie.
-Rozumiem, ale ciesz się tym co masz…
-A powiedz mi co mam…
-Syna… mnie… Jem… nie jesteś sam…
-Tak, ale nie dasz mi tego co Mad…
-I nie chcę. Kto w ogóle powiedział, że ja będę chciała ją zastąpić?
-Ja.
-To się sorry, ale myliłeś!
-Niedługo musimy znowu stąd wyruszyć, ktoś będzie musiał się zająć moim synem. Nie zostawię go tutaj! –prawie płakał, nigdy nie widziałam go w takim stanie.
-Spokojnie… -wyszeptałam i przytuliłam go. Myślałam że mnie odrzuci, ale tak nie było. Odwzajemnił mój uścisk. –kiedy to coś opuścimy?
-Za dwa lub trzy dni…
-A powiesz mi jeszcze kto z nami idzie?
-Jem… no i Julian…
-A Julian to kto?
Odsunął się ode mnie.
-Julian to mój syn…
-Doobraa… a co w takim razie z Kevinem?
-Kevin już sobie znalazł sobie dziewczynę, i dlatego tutaj zostaje.
-Szok, już o niej zapomniał…
-O kim?
-O Tinie…
-Nom, na to wygląda.
-Pójdziesz już? Chciałabym się trochę przespać…
-Oczywiście, już idę…
Wyszedł i cicho zamknął za sobą drzwi. 
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hey :) Przepraszam, że tak długo nic nie pisałam, ale w zamian za to dodałam trochę dłuższy rozdział. Mam nadzieję, że Wam się podobał i będziecie chceli dalej to czytać, mimo tego, że rzadko coś dodaję. 
Dzięki za to, że jesteście <3 

niedziela, 7 kwietnia 2013

INFORMACJA

Kiedyś ktoś napisał w komentarzu, że chciałby być informowany kiedy zostaje dodany nowy rodział. Jeśli ktoś chciałby być o tym informowany. Napiszcie do mnie: (gg) 45701719

Rozdział Osiemnasty


Złapałam trochę weny i dodaję jeszcze jeden rozdział :3 Nie wiem czy Wam się spodoba, ale według mnie jest śliczny :D
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Obudziłam się na krześle. Jem jeszcze spała, więc postanowiłam pójść na chwilę do swojego pokoju. Cicho otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz. Szłam wolno patrząc w podłogę. Myślałam co teraz będzie ze mną i z Jem. Nie wiedziałam ile możemy tu zostać, bo chyba nie na zawsze. Szczerze to wolałabym być w którymś z mniejszych schronów. Byle tylko nie było tam Mad. Wkurzała mnie ta dziewczyna. Chociaż w sumie jej nie znałam. Coś w jej wyglądzie mówiło mi, że jest wredna. Zagapiłam się i zaszłam za daleko. Doszłam do końca korytarza, gdzie znajdowały się schody biegnące w dół. Pomyślałam, że w sumie mam czas i mogę trochę tu pozwiedzać. Zeszłam w dół i doszłam do następnego korytarza. Chodziło tam wiele osób. Ubrani byli w białe szpitalne fartuchy. Nie zauważyli mnie, mimo iż byłam inaczej ubrana. Przeszłam tym korytarzem kilka metrów, kiedy ktoś na mnie wpadł i mnie przewrócił. Uderzyłabym głową w podłogę, gdyby mnie nie złapał.
-Przepraszam! Nic ci nie jest?- usłyszałam czyiś głos.
-Nie, nic się nie stało. –Otworzyłam oczy i moim oczom ukazał się chłopak moich marzeń. Niczego więcej nie pragnęłam, tylko zostać tu z nim.- Jest okay…
-To dobrze, już myślałem, że coś ci zrobiłem. A w ogóle to jestem Aleks- uśmiechnął się. Postawił mnie na nogi i poprowadził do ławki stojącej pod ścianą. Usiedliśmy.
-Ja jestem Aprilynn, ale mówią na mnie Lyn…
-Ładnie.
Zarumieniłam się.
-Dziękuję.
Popatrzył na mnie.
-Nie widziałem cię tu wcześniej.
-Ymm… Bo jestem tu od niedawna, mam pokój na górze… A ty jesteś tu…?
-Ja tu jestem, można powiedzieć od urodzenia.- zaśmiałam się.
-A czemu tu jesteś?
-Moi rodzice są tu lekarzami, a ja im pomagam.
-Ahh… Ja jestem tu dlatego… chyba w sumie nawet nie wiem dlaczego tu jestem.- właśnie, dlaczego ja tu jestem w ogóle?
-Heh, spoko . Zaprowadzić cię na górę?
-Jeśli masz czas.
-Mam właśnie przerwę.
Weszliśmy po schodach. Naszła mnie myśl, żeby zapytać Aleksa o Mad i Sama.
-Słyszałeś coś o Mad?
-Taa… Moja mama odbiera jej poród…  Podobno jest z Samem czy jak mu tam… Ogólnie jest fajna, ale potrafi być wredna.
-Wydawała mi się wredna- powiedziałam bardziej do siebie niż do niego.
-Znasz ją?
-Tak, była dzisiaj u mnie…
Doszliśmy do korytarza na którym znajdował się mój pokój. W ciszy doszliśmy do moich drzwi. Już miałam się pożegnać, gdy Aleks zapytał:
-Mogę cię jutro odwiedzić?
-Tak, oczywiście. O tej samej porze?
-Jeśli mi nic nie wypadnie, to tak.- uśmiechnął się.
-Spoko, to pa…
-Do jutra.- Odwrócił się i poszedł korytarzem.
Otworzyłam drzwi. Przestraszyłam się trochę, bo na moim łóżku siedział Sam. Widać było, że jest zdenerwowany. Kiedy mnie zobaczył wstał.
-Co się stało Mad?
-Rozmawiałyśmy i nagle się gorzej poczuła.- usiadłam na krześle przy stoliku. Taca po obiedzie nadal na nim stała.
-Termin porodu miała za dwa miesiące, moje dziecko może umrzeć! Rozumiesz to?
-Nie wiedziałam, nic jej nie zrobiłam…
-Jeśli coś im się stanie, pożałujesz!- krzyknął i wyszedł trzaskając drzwiami.
Wybiegłam za nim.
-Nic jej nie zrobiłam, jak nie wierzysz to trudno!
Przystanął i odwrócił się do mnie.
-Nie wiem komu mam wierzyć.
-W ogóle nie powinnam ciebie spotkać! Nie powinieneś mnie wtedy zabierać ze sobą! To ty popełniłeś błąd! Nie ja!- zalałam się łzami i uciekłam do pokoju. Wiem, że to nie rozwiązało problemu, ale co miałam zrobić. To chyba jednak przeze mnie Mad rodzi wcześniej. Co jeśli to moja wina? Co jeśli jej dziecko nie przeżyje?



Rozdział siedemnasty

Witajcie! ;)
Na razie postanowiłam nie zawieszać bloga i pisać dalej. Ale jest niestety jeden warunek, musicie komentować, żeby nie zabrakło mi weny :) Mam nadzieję, ze ten rozdział Wam się spodoba i dalej zechcecie to czytać :)
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Obudziło mnie pukanie do drzwi.
-Proszę- powiedziałam zaspana.
Do pokoju weszła wysoka dziewczyna. Widać było po niej, że jest w ciąży. W dłoniach trzymała białą tacę. To chyba mój obiad.
-To tylko ja.- uśmiechnęła się i usiadła na krześle przy moim łóżku.- Przyniosłam ci obiad. –Postawiła tacę na stoliku i wróciła na krzesło.
Zamyśliłam się, po czym spytałam:
-To ty jesteś Mad, tak?
-Tak, a ty jesteś Aprilynn?
-Zazwyczaj mówią do mnie Lyn, ale tak, jestem Aprilynn.
Usiadłam przy stoliku cały czas na nią patrząc. Wydawała mi się jakaś dziwna. Wzięłam przezroczysty, plastikowy widelec do ręki. Zajrzałam do pierwszej miski. Makaron z jakimś dziwnym sosem, natomiast w drugiej była różowa papka. Powoli nabrałam makaron na widelec i podniosłam go do ust. Było nawet smaczne.
-Mam zaczekać aż zjesz, czy mogę iść?-zapytała.
-Możesz zostać. Mam do ciebie kilka pytań.
Popatrzyłam na nią. Była zdziwiona. Rozśmieszyło mnie to trochę.
-No więc, w czym mogę pomóc?
-Pytanie pierwsze: Co to za miejsce?
-Coś jak wielki schron lub szpital. Mieszkają tu chorzy ludzie, którym odmówiono pomocy. Matki z dziećmi, kobiety w ciąży, jak ja na przykład.
-Czyli jesteś tu, bo?
 -Jestem tu dlatego, że Sam musiał przewieźć zapasy do schronu z którego idziecie, a nie miał mnie z kim zostawić.
-Czyli wiesz skąd idziemy?
-Sam mi wszystko opowiedział.
Zszokowało mnie to. Sam jej wszystko powiedział. Ciekawa jestem czy powiedział jej o tym, że ją zdradził.
-Wszystko ci powiedział?
-Wszystko.
-Nawet to, że cię zdradził?
Poruszyła się. Widać było, że to ją zdenerwowało. Może lepiej było tego nie mówić. Jeszcze coś jej się stanie z tych nerwów. Ale już za późno. Jak zwykle. Robię coś i nie myślę o konsekwencjach.
-O tym nic nie słyszałam.
-No to teraz słyszysz. Zdradził cię. Ze mną.-Pomyślałam, że to znowu za ostro, więc dodałam- Do niczego wielkiego nie doszło. Kilka razy się całowaliśmy, ale nic więcej.
Strasznie ją to zdenerwowało. Nagle złapała się za brzuch i zaczęła jęczeć.
-Co się dzieje?
-Nic. Nic wielkiego. To tylko skurcz.
Wpadłam w panikę. Jeśli ona teraz zacznie rodzić, co ja zrobię?
-Mam po kogoś pójść? Nie wiem, po Sama? Kevina? Tą druga dziewczynę?
-Tak. Zawołaj Cher. Powinna być z Jem.
Nie czekając na więcej wiadomości, krzycząc wybiegłam z pokoju. Biegłam korytarzem, aż dopadłam przeszklonych drzwi. Szybko je otworzyłam. Zobaczyłam Cher trzymającą Jem na rękach.
-Mad… Mad rodzi… Jest…w moim pokoju…-Wydyszałam.
-Trzymaj ją.- Oddała mi dziewczynkę i wybiegła z pomieszczenia.
Nie wiedziałam co mam robić. Mad rodziła. Cher poszła do niej. Nie miałam z kim zostawić Jem. Usiadłam na białym krześle i posadziłam sobie Jem na kolanach. Od razu się do mnie przytuliła i zasnęła. Może Cher ją właśnie usypiała. Pewnie tak. Odłożyłam dziewczynkę i wróciłam na krzesło. Nie wiem czemu, ale bolała mnie głowa. Niedługo potem dostałam gorączki i zasnęłam. 

sobota, 30 marca 2013

Rozdział szesnasty


Witajcie! :D Przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam. Miałam mnóstwo pracy domowej i zajęć dodatkowych przed testem szóstklasisty, który piszę 4 kwietnia. W całym tym zamieszaniu brakowało mi weny :(. Ten rodział nie jest idealny i nie wiem czy ktoś to w ogóle czyta. Proszę Was, komentujcie, żebym wiedziała, że ktoś to czyta! W innym przypadku nie wiem czy jest sens żebym dalej pisała i prowadziła tego bloga. A teraz możecie spokojnie przeczytać ten rodział :) 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przepaść. To czułam. Nic więcej. Potem dołączył do tego jeszcze ból. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Byłam pewna, że jest już jasno. Spróbowałam poruszyć ręką. Niestety bez skutku. Czułam że jestem w moim ciele, lecz nie mogłam się ruszyć. Szok. Z wielkim trudem uniosłam powieki i zobaczyłam biały sufit. Zupełnie inny niż w domu na drzewie. Patrzyłam tak przez jakiś czas, potem zmorzył mnie sen i bez żadnych oporów poddałam się.
Obudziłam się po kilku godzinach. Nade mną stało kilka osób, ale ich nie widziałam. Szeptali coś. Też dokładnie nie słyszałam co mówią. Dalej nie mogłam się ruszyć. Słuchałam co mówią jeszcze przez chwilę, potem zamilkli. Przestraszyłam się trochę. Coś się stało? Po chwili poczułam ciepły dotyk na lewej dłoni. Ktoś musiał mnie dotykać. Dalej nie wiedziałam co to za ludzie. W tej chwili osoba która mnie dotknęła powiedziała:
-Ona nie śpi…
Od razu nastało poruszenie. Wszyscy otoczyli moje, że tak powiem ‘’łóżko’’. Czułam ich oddechy nad sobą. Bałam się otworzyć oczy. Zaczęli coś znowu szeptać. W końcu ta sama osoba która mnie dotknęła powiedziała:
-Nie bój się, otwórz oczy i oddychaj…
Nie posłuchałam się go i dalej udawałam, że śpię. Musieli wiedzieć, że udaję bo usłyszałam jeszcze inny głos.
-Nie musisz udawać, że śpisz… Nic ci nie zrobimy.
Tym razem zrobiłam to co kazali. Otworzyłam oczy. Nade mną stało pięć osób. Były to dwie kobiety i trójka mężczyzn. Rozpoznałam Sama i Kevina. Reszty nie znałam.  Patrzyłam na nich zszokowana. Wszyscy byli ubrani w lekarskie fartuchy. Strasznie raziło mnie światło i nie mogłam przyjrzeć się dokładnie ich twarzom. Kobiety i Kevin odeszli od łóżka i zaczęli szeptać. Sam i ten którego nie znam zostali i patrzyli się na mnie. W końcu do Sama podeszła jedna z kobiet i powiedziała mu coś na ucho. Szkoda że nie usłyszałam co mówiła bo chwilę potem siedziałam na łóżku i rozmawiałam z Samem. Reszta wyszła.
-Co? Co się stało?- zapytałam jąkając się.
Chwilę myślał i odpowiedział:
-Uderzyłaś się w głowę i straciłaś przytomność.
Popatrzyłam na niego nieufnie. Przecież czułam że ktoś uderzył mnie w tył głowy. Wiedziałam to na sto procent a on próbował mi wmówić co innego. Nie rozumiem.
-Nie uderzyłam się w głowę.
-Uderzyłaś się.
-Nie uderzyłam się sama. Ktoś był w moim pokoju.
-No wiesz- odpowiedział ze śmiechem- w pokoju była jeszcze Jem.
Zupełnie o niej zapomniałam. Gdzie ona jest? Co się z nią działo jak byłam nieprzytomna? Poderwałam się z łóżka i krzyknęłam:
-Gdzie ona jest?!
Sam posadził mnie z powrotem na łóżku i powiedział:
-Spokojnie. Mad się nią zajęła.
Jeszcze większy szok. Mad. To chyba ta jego dziewczyna.
-Mad? Twoja dziewczyna?
-No… tak wyszło jakoś, że ona się nią zajęła…- jąkał się.
-Dobra. A gdzie ona teraz jest? Mogę ją zobaczyć?
Zamyślił się przez chwilę i zapytał:
-Teraz, czy to może poczekać?
-Teraz.- odparłam bez zastanowienia.
Wstał i ruszył w stronę białych drzwi, skinął na mnie żebym poszła za nim. Wyszliśmy na taki sam biały, długi korytarz. Szliśmy nim przez chwilę, po czym weszliśmy do oszklonego pomieszczenia. Stało tam kilka dziecięcych łóżeczek. Podeszliśmy do jednego z nich. Spała w nim Jem. Od razu poczułam się lepiej. Cieszyłam się, że nic jej nie jest. Staliśmy tak nic nie mówiąc. Po kilku minutach dziewczynka zaczęła się kręcić aż w końcu się obudziła. Popatrzyła na nas i zaczęła się słodko śmiać. Wyciągnęła do mnie rączki, żebym wzięła ją na ręce. Popatrzyłam pytająco na Sama, a ten skinął głową na znak że mogę ją podnieść. Pochyliłam się, a mała mocno mnie przytuliła. Ucieszyłam się, że tak mnie lubi.
-Wracamy już?- zapytał Sam.
-A mogę ją zabrać ze sobą?
-Niestety nie, zaraz przyjdą tu Mad i Cher. Zajmą się nią.
Wkurzyłam się trochę. W końcu to ja miałam się nią opiekować po śmierci Tiny, a nie jakieś obce baby.
-Dlaczego nie mogę jej ze sobą zabrać?
-Jesteś osłabiona- zabrał mi dziewczynkę i odłożył ją do łóżeczka.- Musisz odpocząć, chodź, wrócimy tu jeszcze.
Pociągnął mnie w stronę drzwi i zamknął je kiedy już wyszliśmy.
-Proszę cię nie rób problemów.- powiedział kiedy dochodziliśmy do mojego pokoju.
-Ja? Ja niby robię problemy?
-Dobra, nie było tematu. To twój tymczasowy pokój.- popatrzył na zegarek- O dziesiątej będzie śniadanie, Mad lub Cher ci je przyniosą. Pasuje?
-Tak. Pasuje.- odpowiedziałam z niechęcią.
Wprowadził mnie do pokoju i po upewnieniu się że wszystko jest w porządku, wyszedł. Zostawił mnie zupełnie samą.
Postanowiłam rozejrzeć się po pokoju. Co prawda nie był duży. Stało tu łóżko, stolik nocny, dwa krzesła i mały regał z kilkoma książkami. Wybrałam jedną z nich, ale nie była ciekawa. Znudziła mnie jeszcze bardziej. Tak bardzo mnie znudziła, że zasnęłam z książką w rękach.