piątek, 28 grudnia 2012

Rozdział szósty


Od dwóch godzin siedzimy w chatce. Nikt jeszcze nie przyszedł, i może nie przyjdzie. Jest tu strasznie nudno. Na dworze jest już ciemno. Jestem strasznie senna. Prawie usypiam na krześle.
-Chyba powinnaś się przespać- mówi podchodząc do mnie i biorąc mnie na ręce.
-Chyba…
-Zdecydowanie tak- powiedział ze śmiechem i położył mnie na łóżko.
-A ty?- zapytałam.
-Poczekam na innych- szepną i pocałował mnie w czoło.
-Aha…- wyszeptałam i zasnęłam.
                                                                                      ***
Obudziła mnie rozmowa. Zapewne ktoś do nas dołączył.  W sumie to poleżałabym jeszcze chwilkę. Poczułam że Sam siedzi obok mnie, więc przytuliłam się do niego i postanowiłam posłuchać o czym ta rozmowa.
-Wyspałaś się?
-Mhmm- odpowiedziałam.
Usiadłam obok Sama, zauważyłam mężczyznę i kobietę z malutkim dzieckiem na rękach. Nagle Sam odchrząknął i powiedział.
-Chciałabym wam przestawić Lyn. Lyn to jest Kevin i jego żona Tina. A to- powiedział podchodząc do Tiny i biorąc od niej dziecko.- A to jest Jem.
-Ojejciu, jaka słodka- wyszeptałam spoglądając na zawiniątko. Jem miała jasne, krótkie włosy i zielone oczy. Wyglądała cudownie, jak mała wróżka. Jej mama była zupełnie inna: miała ciemne włosy i szare oczy. Sądzę więc że urodę odziedziczyła po ojcu. Kevin miał zielone oczy i podobne do Jem włosy. Sam położył mi Jem na rękach i usiadł obok podtrzymując mnie ramieniem. Po jakiejś godzinie podjęliśmy decyzję że wyruszmy o świcie. Sam podszedł do wielkiej zasłonki która wcześniej nie rzuciła mi się w oczy i odsłonił korytarz, który prowadził do trzech malutkich pokoi. Sam i ja zajęliśmy jeden z nich.
-Kiedy oni przyszli?- zapytałam Sama jak weszliśmy się do pokoju.
-Jakąś godzinę po tym jak zasnęłaś.
-Aha- powiedziałam i położyłam się na łóżku.
-To może ja pójdę spać do innego pokoju?- zaproponował.- Zależy mi na tym żebyś się wyspała.
Wstałam i przytuliłam go.
-Właśnie bez ciebie się nie wyśpię…
Pocałował mnie w czoło i powiedział:
-Dobrze, ale jak będzie ci nie wygodnie to mów.
-Ok.-powiedziałam i położyłam się z powrotem na łóżku. Sam podążył za mną. Mimo to, że niedawno spałam, zasnęłam jak suseł. 

czwartek, 27 grudnia 2012

Rozdział piąty


Nagle usłyszeliśmy straszliwy hałas. Musiałam aż przyłożyć dłonie do uszu żeby to załagodzić. Sufit zaczął nam się sypać na głowę. Sam zerwał się na równe nogi, złapał mnie za rękę i skierował  się w stronę wyjścia, tak przynajmniej myślałam. Szliśmy długim, ciemnym korytarzem który cały czas wędrował w dół. Po jakimś czasie strop sufitu stał się tak niski że musieliśmy iść na czworaka. Gdzie my idziemy? Ale nie odważyłam się wypowiedzieć tego na głos. Nadal byłam oszołomiona tym hałasem. Na końcu tunelu ujrzałam szczelinę przez którą wpadało trochę światła. Zbliżyliśmy się do niej. Zauważyłam że są to malutkie drzwiczki. Sam lekko je popchną. Światło wpadające do środka było tak jasne, że zmrużyłam oczy i dodatkowo zakryłam je dłonią. Co się tu dzieje? Następne pytanie którego nie wypowiadam.
-Jesteśmy- mówi.
-Gdzie? Nie rozumiem co tutaj robimy- powiedziałam ze strachem.
-Spokojnie, zaraz ci wszystko wytłumaczę.
Wyszliśmy z tunelu na dużą, lekko zaśnieżoną polanę. Poczułam przeraźliwy chłód.
-Jaaak… miii… ziiiiimnoo…- wyszczekałam.
-Chodź- powiedział i założył mi swoją bluzę na ramiona.- Powinno być ci trochę cieplej.
Szliśmy dalej. W oddali zauważyłam zarys małej chatki. Z czasem się do niej zbliżaliśmy i zauważałam coraz to nowe szczegóły. Przekrzywiony dach, dwa malutkie okienka. Ciekawe jak wygląda latem- na pewno pięknie. Weszliśmy do środka. Pod sufitem były pozawieszane przeróżne zioła. Żadnego z nich nie rozpoznałam. Pod oknem stało pięknie zasłane łóżko. Pod ścianą stały dwie malutkie szafeczki, kuchenka mikrofalowa i zlew.
-Usiądź- powiedział i wskazał na krzesło przy malutkim stoliku.
Usiadłam. Sam tymczasem rozpalał ogień w małym żeliwnym piecyku.
-Musieliśmy uciekać. Mój dom nie był cały nad ziemią. Teraz pewnie wcale już go nie ma. Część w której mieszkałem znajdowała się pod ziemią…- zaciął się i po chwili mówił dalej- …a na górną część spadła bomba. Przewidzieliśmy to…
-Przewidzieliście? Ty z twoimi rodzicami?
-No… nie zupełnie…
-Czyli kto?
Sam wstał i usiadł na łóżku pod oknem. Chwilę myślał i powiedział:
-Ja i reszta obozu.
Zamrugałam pytająco oczami.
-Dobrze, opowiem ci: Kilka lat temu, ja i moja rodzina wybraliśmy się tu na wakacje. W sumie to nie całkiem z własnej woli. Byliśmy do tego zmuszeni przez wojsko, które nas nienawidziło.
-Dlaczego was nienawidziło? – zapytałam.
-Mój dziadek był kiedyś znanym dowódcą wojskowym, ale potem moja babcia umarła i on musiał się zaopiekować czwórką dzieci. Wiec odszedł z wojska… Kiedy jego dzieci dorosły i też miały dzieci, on zmarł tak jak babcia… Od tamtej pory wojsko uwzięło się na nas. Mówili że przez nas dziadek umarł. I wygonili nas z kraju. Od tamtej pory mieszkaliśmy w lesie. Lecz po kilku latach zaczęli na nas spuszczać bomby. Więc zbudowaliśmy podziemie do naszego domu. A tą chatkę znaleźliśmy jakiś rok temu i postanowiliśmy ja odnowić gdyby coś się stało z tamtym domem. Potem zbudowaliśmy przejście pod ziemią, aby łatwiej było tu dotrzeć.
-To straszne…- wyszeptałam.
-Trochę.
-A co z innymi?
-Jak przeżyli, to powinni się stawić tu w przeciągu 5 godzin, jeśli nie... to będziemy musieli uciekać bez nich…
Wstałam i podeszłam do niego.
-Uciekać?
-Tak.
-Gdzie?
-Jak najdalej stąd, w każdej chwili mogą spuścić więcej bomb, żeby się nas pozbyć…
Przytuliłam go.
-A ja mam iść z wami?
-Raczej powinnaś…

środa, 26 grudnia 2012

Rozdział czwarty


Położyłam się spać. Sam położył się na materacu, ja na jego łóżku. Nie mogłam zasnąć, on chyba też. Więc spytałam:
-Śpisz?
-Nie, nie wygodny jest ten materac- zaczął narzekać.
-To choć do mnie, łóżko jest duże- zaproponowałam.
-Nie.
-Czemu?
-Nie mogę.
Przyłapałam się na tym, że zależy mi na tym żeby był przy mnie. Wstałam i podeszłam do niego.
-Ty nie chcesz przyjść do mnie, to ja przyjdę do ciebie- szepnęłam Samowi do ucha i położyłam się obok niego na materacu.
                                                                                ***
Kiedy obudziłam się rano, Sama nie było obok i nie leżałam na materacu tylko na łóżku. Wstałam i ruszyłam jasnym korytarzem do sali nazwanej przeze mnie jadalnią. Dotarłam i zobaczyłam Sama siedzącego przy stole z głową w dłoniach. Nie usłyszał mnie. Podeszłam od tyłu i pocałowałam go w szyję.
-Dobrze ci się spało?- zapytał odwracając się do mnie.
-Tak, czemu przeniosłeś mnie na łóżko?- odpowiedziałam wtulając się w jego koszulkę.
-Nie mogłem pozwolić na to, żebyś spała na podłodze.
-A ty spałeś na podłodze?
-No… tak…
-Wiedziałeś że mieszkam w lesie?
-Tak- odpowiedział i uśmiechnął się. – Obserwowałem cię. Kilka razy prawie mnie zauważyłaś…
-Obserwowałeś mnie nawet wtedy , kiedy myłam się w rzece?
-Tak- powiedział i zarumienił się.
-Och ty!- krzyknęłam ze śmiechem.
Dlatego się we mnie zakochał? Bo obserwował mnie przez trzy lata? Nie wiem czemu, ale zaczęliśmy się całować. Wow. Znamy się dopiero kilka dni, a już nie mogę się bez niego obejść.




Rozdział trzeci


Nie odzywam się odkąd skończyliśmy śniadanie. Siedzimy w jego pokoju. Chyba jest na mnie zły że nie powiedziałam mu jak mam na imię. Nie wiem co mam robić. Powinnam mu powiedzieć jak mam na imię? Przecież nic się nie stanie jak się dowie.

-Ok., powiem ci jak mam na imię- wyszeptałam podchodząc do niego. Nie wiem co będzie jeśli sobie pójdę. Jak wytrzymam bez tych oczu?

-Naprawdę?- pyta zdumiony.

-Tak- odpowiadam i siadam obok niego.- Mam na imię Aprilynne, ale wszyscy mówili na mnie Lyn.

-Jak to mówili?

-Normalnie, ale nie zmieniaj tematu. Powiedz jak ty masz na imię.

-Ja jestem Sam- powiedział i zaśmiał się. Nie wiem co w tym śmiesznego.

-Chyba powinnam już iść, nie sądzisz?- zapytałam z powagą. Czemu muszę iść?

Chwilę myślał i w końcu powiedział:

-No wiesz, na dworze jest -10°C. Więc nie powinnaś iść w taki mróz, zwarzywszy na to że jesteś osłabiona. A poza tym…- tu się zamyślił- …dobrze nam się ze sobą rozmawia. Chyba że nie czujesz się tu dobrze. To w takim razie możesz iść. Chociaż nie będę z tego powodu szczęśliwy.

Iść? Zostać? Z chęcią bym została, ale co powiedzą jego rodzice? Nie. Muszę iść.

-No to trudno, nie będziesz szczęśliwy- szepnęłam. I ja też- tego nie mówię. Wstałam i zaczęłam kierować się do wyjścia.

-Zaczekaj- szepnął.- Nawet nie wiesz jak stąd wyjść.

-To się dowiem.

-Nie dowiesz się, bo cię nie wypuszczę- dalej szepcze.

-Dlaczego?- przestraszyłam się i stanęłam w miejscu.

-Bo nie pozwolę, żebyś tam zamarzła. Za bardzo…- przerwał.

-Za bardzo co?- Podeszłam do niego i siadłam na podłodze. Nie odpowiada.- No powiedz. Jeśli powiesz to… to zostanę do jutra…

Obrócił się do mnie i spojrzał mi głęboko w oczy. Przytulił mnie i szepną mi do ucha:

-Bo zakochałem się w tobie odkąd cię zobaczyłem. Jak myślisz, dlaczego tak się przestraszyłem kiedy zobaczyłem cię leżącą w śniegu, w dodatku bez kurtki?

-No nie wiem…

-Dlatego- szepną i pocałował mnie delikatnie, potem spojrzał na mnie i pocałował mnie nieco śmielej. Zrozumiałam co chciał przez to powiedzieć. Chciał powiedzieć że mnie kocha. Chyba też go kocham bo odwzajemniłam pocałunek.



wtorek, 25 grudnia 2012

Rozdział drugi


Dalej za mną idzie. Zagapiam się i upadam.
-Auuuuuć !- krzyknęłam z bólu.
-Boli Cię coś?- błyskawicznie pojawił się przy mnie.
-Nie, tak sobie po prostu lubię pokrzyczeć ‘’auć’’ na cały głos- odpowiedziałam.
-Aha- mówi i bierze mnie na ręce nie pytając o zdanie.
-Mógłbyś mnie postawić?- pytam coraz bardziej wkurzona.
-Nie… -szepcze mi do ucha.
-Nie - pytam się zdumionym głosem. - Dlaczego?
-Bo nie mogę pozwolić żebyś mi uciekła - odpowiada.
Poddaję się. Niesie mnie do swojego domu. Nie będę protestować. Tak wygodnie mi w jego ramionach. Zasypiam.
Budzę się w jakimś łóżku, w malutkim pokoiku. Jest ciemno, nie ma tu żadnych okien, jedynie przez uchylone drzwi dostaje się tu trochę światła. Słyszę czyjeś kroki. Zamykam oczy i udaję  że śpię.
-Nie musisz udawać, że śpisz- mówi i siada koło mnie.
-Skąd wiedziałeś że nie śpię?- szepczę.
-Hmm… no… bo… -jąka się.- Usłyszałem jak się poruszasz.
-Aha.
Siadam na łóżku. Trochę krępuje mnie ta sytuacja. No ale cóż.
-Jesteś głodna?- pyta z troską w głosie. – Spałaś dwa dni, więc chyba powinnaś coś zjeść.
I nagle odzywa się straszny ból w kostce.
-Dwa dni? To gdzie ty spałeś?- zaskoczyło mnie to co powiedziałam.
-Na podłodze, o tam- wskazuje ręku jakiś kształt w rogu pokoju.- Na materacu.
-Serio?
-Tak.
-A gdzie twoi rodzice?
-W… hmm… no… pracy…- znowu się jąka. `Czyżby coś ukrywał? Nie daje mi się nad tym długo zastanawiać, tylko mówi: - Powinnaś coś zjeść. No już. Chodź- i wyciąga do mnie rękę.
 Ignoruję go i wstaję sama.
-No to chodź- i znowu podaje mi rękę.
-Ok.- mówię i delikatnie biorę go za rękę. Idziemy długim korytarzem, jakąś minutę później docieramy do przestronnego pomieszczenia. Ściany mają ładny kolor- jasny żółty. Na środku stoi duży stół, przykryty cienkim, fioletowym obrusem.
-Siadaj- odsuwa mi krzesło.
-Dzięki- mówię zawstydzona i siadam.
W jasnym świetle zauważam kolor jego oczu. Kobaltowy błękit. Nie mogę oderwać od nich oczu. Wstaję. Co ja robię?- pomyślałam. Podchodzę bliżej niego. On obejmuje mnie w pasie.
-Co ja robię?- tym razem powiedziałam to na głos.
-To- i pocałował mnie. Delikatnie, jakby bał się, że go odtrącę.
Odsunęłam się i usiadłam na zajmowane wcześniej krzesło.
-Pójdę przygotować coś do jedzenia- mówi i podchodzi do szafki pod ścianą.
Wow. To było coś. Mam 15 lat, mieszkam w lesie. A tu nagle. Nie wiadomo skąd. Zjawia się ten chłopak. Nie wie jak mam na imię, ile mam lat. Zabiera mnie do ‘’domu’’ i całuje mnie. Chociaż, to chyba moja wina że mnie pocałował.
-Gotowe- jego głos wyrywa mnie z zamyślenia.- To płatki z mlekiem- mówi i podaje mi miskę i łyżkę.
-Dzięki.
Zaczynam jeść. Podnoszę głowę i napotykam jego wzrok.
-To może powiesz mi jak masz na imię?- pyta, wyraźnie ciekawy.
-Nie wiem czy mogę ci zaufać.
-Serio?
-Tak.
-Tak?
-Tak, no przecież mówię.-odpowiadam zdenerwowana.
-To ja pierwszy powiem ci jak mam na imię, a ty powiesz mi druga, ok.?- Po co mu to wiedzieć? 

Rozdział pierwszy



Byłam zwykłą 12-latką mieszkającą w domu dziecka. Teraz jestem tu. W lesie.  Zupełnie sama. Czasami myślę, jak to by było gdybym nie uciekła. Pewnie jadłabym teraz śniadanie w czystej kuchni, wśród ludzi którzy by o mnie nie zapomnieli. Stało się. Nie cofnę czasu. Nagle moje rozmyślania przerwał szelest liści za moimi plecami. Była to staruszka niosąca koszyk z grzybami. Często ją tu widuję. Ma na imię Helen.  Jest jedyną osobą z którą rozmawiałam od trzech miesięcy. Często przynosi mi jakieś owoce ze swojego sadu. To dzięki niej jeszcze żyję, wiele jej zawdzięczam.
Nie wiem jak długo tu zostanę. Robi się coraz zimnej. Chyba będę musiała poszukać jakiegoś cieplejszego miejsca. Najbardziej jednak martwi mnie jak sobie poradzę. Kiedyś byłam chuda, teraz jestem tak chuda że bez większego problemu mogę policzyć sobie żebra. Strasznie mnie to martwi. Na samych jabłkach długo nie wytrzymam. Nigdy nie robiłam przetworów. Teraz będę zmuszona coś znaleźć zanim spadnie śnieg.
No i stało się, dziś w nocy zaczął padać śnieg. Nie mam żadnych zapasów. Muszę ruszyć w drogę. Biorę to co zostało z mojego plecaka, ruszam w ciemny i zimny las. W sumie to las nie jest brzydki. Dziwię się że kiedyś nie chciałam wychodzić do parku. Za bardzo przypominał mi rodziców. Zginęli wiele lat temu, właśnie w parku do którego chodziliśmy w każdą niedzielę. Ta niedziela rozpoczęła się jak zawsze: zjedliśmy śniadanie, czytaliśmy książki, poszliśmy do parku. Nikt nie podejrzewał że coś się stanie. Lecz ten dzień był ich ostatnim.  Bawiliśmy się w chowanego, ukryłam się za starym samochodem , i wtedy to się stało wyszli na ulicę przed parkiem i potrącił ich samochód. Nigdy nie zapomnę krzyku mojej matki kiedy do nich biegłam. Nigdy ich nie zapomnę.   
Idę. Pada śnieg. Nie wiem co mam robić. Nie mam kurtki. Zamarznę. Może to i lepiej, nie będę musiała się martwić o swoje życie. Potykam się. Uderzam w coś głową, nie mam siły się podnieść. Czekam. Nawet nie wiem na co. Słyszę czyjeś kroki. Boję się że to jakieś zwierzę. Ale w sumie, co mi pozostało? Ale nie, to człowiek. Chyba chłopak. Ma krótkie, ciemne włosy. Jest całkiem wysoki. Coś mówi, ale do mnie odciera tylko bicie mojego serca, które bije jak szalone. Wszystko jest zamglone. Jest przeraźliwie zimno.
-Hej- mówi.-Słyszysz mnie?
Nie odzywam się. Po co? Jak mam umrzeć, tak się stanie. Jeśli nie, zobaczymy…
-Odezwij się!- błaga z rozpaczą w głosie.
-No?- odpowiadam.
-Dobrze że żyjesz, bałem się że zamarzłaś- mówi.- Czemu jesteś sama w lesie?
-A czemu Ty jesteś sam w lesie?
-Bo... wyszedłem na spacer-jąka się.
-No więc ja też wyszłam na spacer- sarkazm mi został.
-Bez kurtki?
-No wiesz, nagle zrobiło mi się gorąco, i gdzieś ją zostawiłam- odpowiadam.
-To weź moją- proponuje.- Bluza mi wystarczy, poza tym mam jeszcze szalik.
Zaczyna mnie już nudzić. Chyba pójdę dalej. Wstaję bez słowa i zaczynam iść przed siebie.
-Zaczekaj!- woła.- Weź chociaż kurtkę!
Nie odzywam się. Mam go dość.
-Czekaj- podbiega do mnie i łapie mnie za rękę.- Masz zimne ręce. Choć ze mną do domu, ogrzejesz się i… - przerwał
-I?
-…i pójdziesz tam gdzie idziesz-odpowiada z wahaniem.
-Nie trzeba, sama sobie poradzę- odmawiam, choć wiem że powinnam przyjąć propozycję.
Zaczynam przyśpieszać, niech On się ode mnie odwali.



                                                                        ***
I co, jak się podoba? Jeśli są jakieś literówki, to piszcie :). 


Hej!
Na tym blogu mam zamiar pisać taką moją małą ''książkę'' xD. Będę starać się dodawać posty w miarę często i mam nadzieję że kogoś zainteresuje to co piszę :).