wtorek, 25 grudnia 2012

Rozdział drugi


Dalej za mną idzie. Zagapiam się i upadam.
-Auuuuuć !- krzyknęłam z bólu.
-Boli Cię coś?- błyskawicznie pojawił się przy mnie.
-Nie, tak sobie po prostu lubię pokrzyczeć ‘’auć’’ na cały głos- odpowiedziałam.
-Aha- mówi i bierze mnie na ręce nie pytając o zdanie.
-Mógłbyś mnie postawić?- pytam coraz bardziej wkurzona.
-Nie… -szepcze mi do ucha.
-Nie - pytam się zdumionym głosem. - Dlaczego?
-Bo nie mogę pozwolić żebyś mi uciekła - odpowiada.
Poddaję się. Niesie mnie do swojego domu. Nie będę protestować. Tak wygodnie mi w jego ramionach. Zasypiam.
Budzę się w jakimś łóżku, w malutkim pokoiku. Jest ciemno, nie ma tu żadnych okien, jedynie przez uchylone drzwi dostaje się tu trochę światła. Słyszę czyjeś kroki. Zamykam oczy i udaję  że śpię.
-Nie musisz udawać, że śpisz- mówi i siada koło mnie.
-Skąd wiedziałeś że nie śpię?- szepczę.
-Hmm… no… bo… -jąka się.- Usłyszałem jak się poruszasz.
-Aha.
Siadam na łóżku. Trochę krępuje mnie ta sytuacja. No ale cóż.
-Jesteś głodna?- pyta z troską w głosie. – Spałaś dwa dni, więc chyba powinnaś coś zjeść.
I nagle odzywa się straszny ból w kostce.
-Dwa dni? To gdzie ty spałeś?- zaskoczyło mnie to co powiedziałam.
-Na podłodze, o tam- wskazuje ręku jakiś kształt w rogu pokoju.- Na materacu.
-Serio?
-Tak.
-A gdzie twoi rodzice?
-W… hmm… no… pracy…- znowu się jąka. `Czyżby coś ukrywał? Nie daje mi się nad tym długo zastanawiać, tylko mówi: - Powinnaś coś zjeść. No już. Chodź- i wyciąga do mnie rękę.
 Ignoruję go i wstaję sama.
-No to chodź- i znowu podaje mi rękę.
-Ok.- mówię i delikatnie biorę go za rękę. Idziemy długim korytarzem, jakąś minutę później docieramy do przestronnego pomieszczenia. Ściany mają ładny kolor- jasny żółty. Na środku stoi duży stół, przykryty cienkim, fioletowym obrusem.
-Siadaj- odsuwa mi krzesło.
-Dzięki- mówię zawstydzona i siadam.
W jasnym świetle zauważam kolor jego oczu. Kobaltowy błękit. Nie mogę oderwać od nich oczu. Wstaję. Co ja robię?- pomyślałam. Podchodzę bliżej niego. On obejmuje mnie w pasie.
-Co ja robię?- tym razem powiedziałam to na głos.
-To- i pocałował mnie. Delikatnie, jakby bał się, że go odtrącę.
Odsunęłam się i usiadłam na zajmowane wcześniej krzesło.
-Pójdę przygotować coś do jedzenia- mówi i podchodzi do szafki pod ścianą.
Wow. To było coś. Mam 15 lat, mieszkam w lesie. A tu nagle. Nie wiadomo skąd. Zjawia się ten chłopak. Nie wie jak mam na imię, ile mam lat. Zabiera mnie do ‘’domu’’ i całuje mnie. Chociaż, to chyba moja wina że mnie pocałował.
-Gotowe- jego głos wyrywa mnie z zamyślenia.- To płatki z mlekiem- mówi i podaje mi miskę i łyżkę.
-Dzięki.
Zaczynam jeść. Podnoszę głowę i napotykam jego wzrok.
-To może powiesz mi jak masz na imię?- pyta, wyraźnie ciekawy.
-Nie wiem czy mogę ci zaufać.
-Serio?
-Tak.
-Tak?
-Tak, no przecież mówię.-odpowiadam zdenerwowana.
-To ja pierwszy powiem ci jak mam na imię, a ty powiesz mi druga, ok.?- Po co mu to wiedzieć? 

2 komentarze:

  1. Wiesz, jakby ten rozdział nazwała moja koleżanka ,,wyolbrzymiaczka,,? Melodramatem zapewne ;DD A tak wgl to podoba mi się ten twój blog ;) Będę czytać. Pzdr.RojdaTheCorgi

    OdpowiedzUsuń