czwartek, 27 grudnia 2012

Rozdział piąty


Nagle usłyszeliśmy straszliwy hałas. Musiałam aż przyłożyć dłonie do uszu żeby to załagodzić. Sufit zaczął nam się sypać na głowę. Sam zerwał się na równe nogi, złapał mnie za rękę i skierował  się w stronę wyjścia, tak przynajmniej myślałam. Szliśmy długim, ciemnym korytarzem który cały czas wędrował w dół. Po jakimś czasie strop sufitu stał się tak niski że musieliśmy iść na czworaka. Gdzie my idziemy? Ale nie odważyłam się wypowiedzieć tego na głos. Nadal byłam oszołomiona tym hałasem. Na końcu tunelu ujrzałam szczelinę przez którą wpadało trochę światła. Zbliżyliśmy się do niej. Zauważyłam że są to malutkie drzwiczki. Sam lekko je popchną. Światło wpadające do środka było tak jasne, że zmrużyłam oczy i dodatkowo zakryłam je dłonią. Co się tu dzieje? Następne pytanie którego nie wypowiadam.
-Jesteśmy- mówi.
-Gdzie? Nie rozumiem co tutaj robimy- powiedziałam ze strachem.
-Spokojnie, zaraz ci wszystko wytłumaczę.
Wyszliśmy z tunelu na dużą, lekko zaśnieżoną polanę. Poczułam przeraźliwy chłód.
-Jaaak… miii… ziiiiimnoo…- wyszczekałam.
-Chodź- powiedział i założył mi swoją bluzę na ramiona.- Powinno być ci trochę cieplej.
Szliśmy dalej. W oddali zauważyłam zarys małej chatki. Z czasem się do niej zbliżaliśmy i zauważałam coraz to nowe szczegóły. Przekrzywiony dach, dwa malutkie okienka. Ciekawe jak wygląda latem- na pewno pięknie. Weszliśmy do środka. Pod sufitem były pozawieszane przeróżne zioła. Żadnego z nich nie rozpoznałam. Pod oknem stało pięknie zasłane łóżko. Pod ścianą stały dwie malutkie szafeczki, kuchenka mikrofalowa i zlew.
-Usiądź- powiedział i wskazał na krzesło przy malutkim stoliku.
Usiadłam. Sam tymczasem rozpalał ogień w małym żeliwnym piecyku.
-Musieliśmy uciekać. Mój dom nie był cały nad ziemią. Teraz pewnie wcale już go nie ma. Część w której mieszkałem znajdowała się pod ziemią…- zaciął się i po chwili mówił dalej- …a na górną część spadła bomba. Przewidzieliśmy to…
-Przewidzieliście? Ty z twoimi rodzicami?
-No… nie zupełnie…
-Czyli kto?
Sam wstał i usiadł na łóżku pod oknem. Chwilę myślał i powiedział:
-Ja i reszta obozu.
Zamrugałam pytająco oczami.
-Dobrze, opowiem ci: Kilka lat temu, ja i moja rodzina wybraliśmy się tu na wakacje. W sumie to nie całkiem z własnej woli. Byliśmy do tego zmuszeni przez wojsko, które nas nienawidziło.
-Dlaczego was nienawidziło? – zapytałam.
-Mój dziadek był kiedyś znanym dowódcą wojskowym, ale potem moja babcia umarła i on musiał się zaopiekować czwórką dzieci. Wiec odszedł z wojska… Kiedy jego dzieci dorosły i też miały dzieci, on zmarł tak jak babcia… Od tamtej pory wojsko uwzięło się na nas. Mówili że przez nas dziadek umarł. I wygonili nas z kraju. Od tamtej pory mieszkaliśmy w lesie. Lecz po kilku latach zaczęli na nas spuszczać bomby. Więc zbudowaliśmy podziemie do naszego domu. A tą chatkę znaleźliśmy jakiś rok temu i postanowiliśmy ja odnowić gdyby coś się stało z tamtym domem. Potem zbudowaliśmy przejście pod ziemią, aby łatwiej było tu dotrzeć.
-To straszne…- wyszeptałam.
-Trochę.
-A co z innymi?
-Jak przeżyli, to powinni się stawić tu w przeciągu 5 godzin, jeśli nie... to będziemy musieli uciekać bez nich…
Wstałam i podeszłam do niego.
-Uciekać?
-Tak.
-Gdzie?
-Jak najdalej stąd, w każdej chwili mogą spuścić więcej bomb, żeby się nas pozbyć…
Przytuliłam go.
-A ja mam iść z wami?
-Raczej powinnaś…

2 komentarze: