Byłam zwykłą 12-latką mieszkającą w domu dziecka. Teraz
jestem tu. W lesie. Zupełnie sama.
Czasami myślę, jak to by było gdybym nie uciekła. Pewnie jadłabym teraz
śniadanie w czystej kuchni, wśród ludzi którzy by o mnie nie zapomnieli. Stało
się. Nie cofnę czasu. Nagle moje rozmyślania przerwał szelest liści za moimi
plecami. Była to staruszka niosąca koszyk z grzybami. Często ją tu widuję. Ma
na imię Helen. Jest jedyną osobą z którą
rozmawiałam od trzech miesięcy. Często przynosi mi jakieś owoce ze swojego
sadu. To dzięki niej jeszcze żyję, wiele jej zawdzięczam.
Nie wiem jak długo tu zostanę. Robi się coraz zimnej. Chyba
będę musiała poszukać jakiegoś cieplejszego miejsca. Najbardziej jednak martwi
mnie jak sobie poradzę. Kiedyś byłam chuda, teraz jestem tak chuda że bez
większego problemu mogę policzyć sobie żebra. Strasznie mnie to martwi. Na
samych jabłkach długo nie wytrzymam. Nigdy nie robiłam przetworów. Teraz będę
zmuszona coś znaleźć zanim spadnie śnieg.
No i stało się, dziś w nocy zaczął padać śnieg. Nie mam
żadnych zapasów. Muszę ruszyć w drogę. Biorę to co zostało z mojego plecaka,
ruszam w ciemny i zimny las. W sumie to las nie jest brzydki. Dziwię się że
kiedyś nie chciałam wychodzić do parku. Za bardzo przypominał mi rodziców.
Zginęli wiele lat temu, właśnie w parku do którego chodziliśmy w każdą
niedzielę. Ta niedziela rozpoczęła się jak zawsze: zjedliśmy śniadanie,
czytaliśmy książki, poszliśmy do parku. Nikt nie podejrzewał że coś się stanie.
Lecz ten dzień był ich ostatnim.
Bawiliśmy się w chowanego, ukryłam się za starym samochodem , i wtedy to
się stało wyszli na ulicę przed parkiem i potrącił ich samochód. Nigdy nie
zapomnę krzyku mojej matki kiedy do nich biegłam. Nigdy ich nie zapomnę.
Idę. Pada śnieg. Nie wiem co mam robić. Nie mam kurtki.
Zamarznę. Może to i lepiej, nie będę musiała się martwić o swoje życie. Potykam
się. Uderzam w coś głową, nie mam siły się podnieść. Czekam. Nawet nie wiem na
co. Słyszę czyjeś kroki. Boję się że to jakieś zwierzę. Ale w sumie, co mi
pozostało? Ale nie, to człowiek. Chyba chłopak. Ma krótkie, ciemne włosy. Jest
całkiem wysoki. Coś mówi, ale do mnie odciera tylko bicie mojego serca, które
bije jak szalone. Wszystko jest zamglone. Jest przeraźliwie zimno.
-Hej- mówi.-Słyszysz mnie?
Nie odzywam się. Po co? Jak mam umrzeć, tak się stanie.
Jeśli nie, zobaczymy…
-Odezwij się!- błaga z rozpaczą w głosie.
-No?- odpowiadam.
-Dobrze że żyjesz, bałem się że zamarzłaś- mówi.- Czemu
jesteś sama w lesie?
-A czemu Ty jesteś sam w lesie?
-Bo... wyszedłem na spacer-jąka się.
-No więc ja też wyszłam na spacer- sarkazm mi został.
-Bez kurtki?
-No wiesz, nagle zrobiło mi się gorąco, i gdzieś ją
zostawiłam- odpowiadam.
-To weź moją- proponuje.- Bluza mi wystarczy, poza tym mam
jeszcze szalik.
Zaczyna mnie już nudzić. Chyba pójdę dalej. Wstaję bez słowa
i zaczynam iść przed siebie.
-Zaczekaj!- woła.- Weź chociaż kurtkę!
Nie odzywam się. Mam go dość.
-Czekaj- podbiega do mnie i łapie mnie za rękę.- Masz zimne
ręce. Choć ze mną do domu, ogrzejesz się i… - przerwał
-I?
-…i pójdziesz tam gdzie idziesz-odpowiada z wahaniem.
-Nie trzeba, sama sobie poradzę- odmawiam, choć wiem że
powinnam przyjąć propozycję.
Zaczynam przyśpieszać, niech On się ode mnie odwali.
Fajne :D Mam nadzieje, że napiszesz jeszcze nowy rodział? A czy ty bys weszła na mojego bloga? http://naciowystardoll.blogspot.com
OdpowiedzUsuńDziękuję, nowy rozdział już jutro :) Oczywiście że wejdę :)
Usuń