sobota, 30 marca 2013

Rozdział szesnasty


Witajcie! :D Przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam. Miałam mnóstwo pracy domowej i zajęć dodatkowych przed testem szóstklasisty, który piszę 4 kwietnia. W całym tym zamieszaniu brakowało mi weny :(. Ten rodział nie jest idealny i nie wiem czy ktoś to w ogóle czyta. Proszę Was, komentujcie, żebym wiedziała, że ktoś to czyta! W innym przypadku nie wiem czy jest sens żebym dalej pisała i prowadziła tego bloga. A teraz możecie spokojnie przeczytać ten rodział :) 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przepaść. To czułam. Nic więcej. Potem dołączył do tego jeszcze ból. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Byłam pewna, że jest już jasno. Spróbowałam poruszyć ręką. Niestety bez skutku. Czułam że jestem w moim ciele, lecz nie mogłam się ruszyć. Szok. Z wielkim trudem uniosłam powieki i zobaczyłam biały sufit. Zupełnie inny niż w domu na drzewie. Patrzyłam tak przez jakiś czas, potem zmorzył mnie sen i bez żadnych oporów poddałam się.
Obudziłam się po kilku godzinach. Nade mną stało kilka osób, ale ich nie widziałam. Szeptali coś. Też dokładnie nie słyszałam co mówią. Dalej nie mogłam się ruszyć. Słuchałam co mówią jeszcze przez chwilę, potem zamilkli. Przestraszyłam się trochę. Coś się stało? Po chwili poczułam ciepły dotyk na lewej dłoni. Ktoś musiał mnie dotykać. Dalej nie wiedziałam co to za ludzie. W tej chwili osoba która mnie dotknęła powiedziała:
-Ona nie śpi…
Od razu nastało poruszenie. Wszyscy otoczyli moje, że tak powiem ‘’łóżko’’. Czułam ich oddechy nad sobą. Bałam się otworzyć oczy. Zaczęli coś znowu szeptać. W końcu ta sama osoba która mnie dotknęła powiedziała:
-Nie bój się, otwórz oczy i oddychaj…
Nie posłuchałam się go i dalej udawałam, że śpię. Musieli wiedzieć, że udaję bo usłyszałam jeszcze inny głos.
-Nie musisz udawać, że śpisz… Nic ci nie zrobimy.
Tym razem zrobiłam to co kazali. Otworzyłam oczy. Nade mną stało pięć osób. Były to dwie kobiety i trójka mężczyzn. Rozpoznałam Sama i Kevina. Reszty nie znałam.  Patrzyłam na nich zszokowana. Wszyscy byli ubrani w lekarskie fartuchy. Strasznie raziło mnie światło i nie mogłam przyjrzeć się dokładnie ich twarzom. Kobiety i Kevin odeszli od łóżka i zaczęli szeptać. Sam i ten którego nie znam zostali i patrzyli się na mnie. W końcu do Sama podeszła jedna z kobiet i powiedziała mu coś na ucho. Szkoda że nie usłyszałam co mówiła bo chwilę potem siedziałam na łóżku i rozmawiałam z Samem. Reszta wyszła.
-Co? Co się stało?- zapytałam jąkając się.
Chwilę myślał i odpowiedział:
-Uderzyłaś się w głowę i straciłaś przytomność.
Popatrzyłam na niego nieufnie. Przecież czułam że ktoś uderzył mnie w tył głowy. Wiedziałam to na sto procent a on próbował mi wmówić co innego. Nie rozumiem.
-Nie uderzyłam się w głowę.
-Uderzyłaś się.
-Nie uderzyłam się sama. Ktoś był w moim pokoju.
-No wiesz- odpowiedział ze śmiechem- w pokoju była jeszcze Jem.
Zupełnie o niej zapomniałam. Gdzie ona jest? Co się z nią działo jak byłam nieprzytomna? Poderwałam się z łóżka i krzyknęłam:
-Gdzie ona jest?!
Sam posadził mnie z powrotem na łóżku i powiedział:
-Spokojnie. Mad się nią zajęła.
Jeszcze większy szok. Mad. To chyba ta jego dziewczyna.
-Mad? Twoja dziewczyna?
-No… tak wyszło jakoś, że ona się nią zajęła…- jąkał się.
-Dobra. A gdzie ona teraz jest? Mogę ją zobaczyć?
Zamyślił się przez chwilę i zapytał:
-Teraz, czy to może poczekać?
-Teraz.- odparłam bez zastanowienia.
Wstał i ruszył w stronę białych drzwi, skinął na mnie żebym poszła za nim. Wyszliśmy na taki sam biały, długi korytarz. Szliśmy nim przez chwilę, po czym weszliśmy do oszklonego pomieszczenia. Stało tam kilka dziecięcych łóżeczek. Podeszliśmy do jednego z nich. Spała w nim Jem. Od razu poczułam się lepiej. Cieszyłam się, że nic jej nie jest. Staliśmy tak nic nie mówiąc. Po kilku minutach dziewczynka zaczęła się kręcić aż w końcu się obudziła. Popatrzyła na nas i zaczęła się słodko śmiać. Wyciągnęła do mnie rączki, żebym wzięła ją na ręce. Popatrzyłam pytająco na Sama, a ten skinął głową na znak że mogę ją podnieść. Pochyliłam się, a mała mocno mnie przytuliła. Ucieszyłam się, że tak mnie lubi.
-Wracamy już?- zapytał Sam.
-A mogę ją zabrać ze sobą?
-Niestety nie, zaraz przyjdą tu Mad i Cher. Zajmą się nią.
Wkurzyłam się trochę. W końcu to ja miałam się nią opiekować po śmierci Tiny, a nie jakieś obce baby.
-Dlaczego nie mogę jej ze sobą zabrać?
-Jesteś osłabiona- zabrał mi dziewczynkę i odłożył ją do łóżeczka.- Musisz odpocząć, chodź, wrócimy tu jeszcze.
Pociągnął mnie w stronę drzwi i zamknął je kiedy już wyszliśmy.
-Proszę cię nie rób problemów.- powiedział kiedy dochodziliśmy do mojego pokoju.
-Ja? Ja niby robię problemy?
-Dobra, nie było tematu. To twój tymczasowy pokój.- popatrzył na zegarek- O dziesiątej będzie śniadanie, Mad lub Cher ci je przyniosą. Pasuje?
-Tak. Pasuje.- odpowiedziałam z niechęcią.
Wprowadził mnie do pokoju i po upewnieniu się że wszystko jest w porządku, wyszedł. Zostawił mnie zupełnie samą.
Postanowiłam rozejrzeć się po pokoju. Co prawda nie był duży. Stało tu łóżko, stolik nocny, dwa krzesła i mały regał z kilkoma książkami. Wybrałam jedną z nich, ale nie była ciekawa. Znudziła mnie jeszcze bardziej. Tak bardzo mnie znudziła, że zasnęłam z książką w rękach.

3 komentarze:

  1. Świetny rozdział, naprawdę świetny! Pozdrawiam cieplutko! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja czytam i będę pisz tego bloga, proszęęęę nie przerywaj. Robi się coraz ciekawszy.
    Niech zające i barany,
    pospełniają Twoje plany,
    porzuć wszystkie rozterki,
    bo to czas wielkiej wyżerki,
    ponadto Świąt w szczęście owocnych,
    życzy króliczek Wielkanocny. (to ja)

    OdpowiedzUsuń